Proza

Proza – wybrana lub fragmenty

(...)

Najczęściej siedzi sam w sobie i marzy. O tym, że jest siedmioletnim chłopcem w ogrodzie z lat dzieciństwa. Duży dom. Papierówki mają kruchą skórkę, a za chwilę będzie kopał piłkę z kolegami. Do utraty sił. Kilka godzin będzie biegać za piłką.

Teraz ma pół wieku. Nie wypada mu robić wielu rzeczy, które lubi, bo to źle będzie wyglądało w oczach jego klientów i kontrahentów.

Ma karty kredytowe i majątek policzalny. Ma wyznaczoną strategię postępowania. Pół jego głowy, to kalkulator, który liczy aktywa i pasywa na bieżąco. Zgadza się z wieloma ludźmi, którym najchętniej powiedziałby, co o nich naprawdę myśli i zerwał wszelkie kontakty, dlatego, że od nich zależy. Uśmiecha się do oszusta, bo od niego zależy. Załatwia przysługę obłudnemu działaczowi – bo od tego działacza w pewnym sensie zależy. A tak naprawdę, to zależny od tych wszystkich ludzi jest jego kalkulator w połowie głowy. Który liczy, dodaje i odejmuje. Planuje, odpoczywa na chwilę i planuje dalej. Kalkulator – rozrusznik głowy jak rozrusznik serca. Bez niego – śmierć.

Razem z kalkulatorem spółkę zawiązała jego odpowiedzialność za losy innych – głównie najbliższych. Odpowiedzialność za to, by najbliższa przyszłość była bezpieczna, a swoiste rodzinne status quo niezagrożone. Obawa o przyszłe jutro w perspektywie niepewnych czasów, to pożywka dla jego odpowiedzialności i jego kalkulatora.

Ma jednak kilka chwil dziennie, kiedy zbliża się do siebie. Dzieje się to wtedy, kiedy lewa półkula, odpowiadająca za rozumienie i logiczne myślenie; która sprzyja odczuwaniu pozytywnych emocji, półkula bardziej aktywna podczas pisania i słuchania pozwala by ta prawa, odpowiedzialna za kreatywność, myślenie abstrakcyjne i wyobraźnię, która zarządza emocjami i odpowiada za odczuwanie negatywnych stanów emocjonalnych mogła przez chwilę odczuwać nieprzymuszone emocje i tworzyć autentyczne zdania. Postrzegać czyste, klarowne sytuacje, a nie te, przywalone ciężarem podświadomego śmietnika.

Ale już po chwili, kiedy tak się dzieje jego maski – ochroniarze krzyczą: Uwaga! I wtedy znowu zamienia metafory na zbyt proste zdania, by być zrozumiałym dla większości, tej, od której zależy, z którą zawarł pakt. Dalej oszukuje siebie, swoją naturę i wszystkich naokoło. Bo przecież ich też oszukuje pokazując siebie, jakim nie jest.

Kiedy to się skończy? Dlaczego to robi? Bo przecież nie dla pieniędzy. Czy robi to z powodu tej cholernej, dziedzicznej odpowiedzialności za innych? A może robi to w imię niepojętej dla jego umysłu rewolucji, która dzieje się na pograniczu wyobraźni i jaźni? A może jednak w jego genach zachował się jakiś fragment dziedziczonej skazy…

2012

(...)

Jego pies uwielbia Keitha Jarretta. Słuchają razem ostatniej płyty Radiance nagranej w Japonii, a dokładnie w miastach Osaka i Tokio.

Jego pies uwielbia Keitha J. z wielu powodów. Po pierwsze Jarrett gra na jednym instrumencie, dzięki czemu jego pies może skoncentrować się maksymalnie na jednym rodzaju muzyki. Po drugie K.J. jest doskonały tak samo jak doskonały jest jego pies, po trzecie K.J. to inteligentny muzyk, a jego pies jest inteligentnym psem i doskonale rozumie inteligentnych muzyków.

Kiedy puszcza Jarretta, szczególnie znakomity koncert z Kolonii, jego pies wskakuje na fotel, który w gabinecie stanowi jeden z centralnych punktów, kładzie się na lewym boku, przednie łapy wyciąga ile się da do przodu, tylne łapy wyciąga maksymalnie do tyłu, a głowę wtula w poduszkę. Później przymyka oczy i udaje, że śpi ale tak naprawdę chłonie całą tę piękną muzykę. Jest dumny, że potrafi w odróżnieniu od innych psów słuchać, a przede wszystkim rozumieć muzykę K.J.

Inne psy nie rozumieją muzyki, nie wiedzą, co znaczy to melodyjne drganie duszy, kiedy przed oczami w rytm piana przesuwają się marzenia: gotowany kurczak z ryżem, puszka mięsna z nowo otwartego sklepiku dla piesków tuż za rogiem czy wspaniale aromatyzowana kość albo rzucony nagle gumowy kogut którym później można dokładnie obić podłogę i święcić triumf zwycięzcy. Te marzenia w trakcie słuchania Radiance czy koncertu kolońskiego stają się tak realne, że co jakiś czas jego pies otwiera oczy, patrzy na niego jakby szukając potwierdzenia, czy rzeczywiście to prawda, czy on czuje to samo i czy jego marzenia w rytm tej wspaniałej muzyki wyglądają podobnie.

Co do podobieństwa, to pewnie jego marzenia są nieco inne, ale już sam kontakt wizualny i wyprowadzone w jego kierunku fluidy świadczą o tym, że ten pies to nie byle kto, to wielki pies.
Mimo, że waży jedynie trzy kilo czterdzieści.

2010

(...) 

Po wielu latach można wypowiedzieć o jedno zdanie za dużo, ale też nie powiedzieć tego jednego, najważniejszego, które by wszystko wyjaśniło. Zaczęło. Sprowokowało.

Najboleśniejsze wtedy jest milczenie.

Śmiech, krzyk czy potok nagle wyrzuconych słów są do zniesienia. Milczenie jest jak głęboki sen, w którym przywiązany do łóżka czekasz na podłączenie kroplówki. Ale nie wiesz, czy to będzie lekarstwo, narkotyk, czy trucizna.

Z milczenia może się urodzić wszystko, jednak najgorsze jest czekanie na chociaż jedno słowo. Najlepiej to dobre. W którym schowana jest odpowiedź.

Ale dobre słowa często nie potrafią wyjść z gardła, bo te złe stale drapią i drażnią struny głosowe i nie pozwalają uwolnić się tym dobrym. Podobnie jak trudno, tak do końca wykaszleć suchy kaszel, aby nam ulżyło; by móc swobodnie oddychać, a twarz nabrała kolorów, zaś oczy tego blasku, który uwodzi nawet najbardziej ponure spojrzenia innych. Aby można było myśleć o rzeczach innych niż tylko o uwolnieniu się z udręki milczenia.

Milczenie potrafi w nas zabić geny szczęścia, które natura rozdaje w chwili urodzin całymi garściami, a które później z czasem gubimy, niszczymy, zamiast karmić je dobrymi słowami; zapominamy, by je stale uodparniać na gorzkie, sfrustrowane pokłady podświadomości.

 

PYTANIE

Kiedyś spotkał mnie znajomy.
–  Dlaczego tak piszesz o ludziach? Straszny smutas z ciebie…
–  Możesz to rozwinąć? – zapytałem.
– No, że są tacy jak z obrazów Jerzego Dudy Gracza – przerysowani, fałszywi… Wiesz przecież o co mi chodzi.
– Bo pewnie odzywa się we mnie natura pedagoga – odpowiedziałem. – Ale tak na serio. Jeśli dziecko w piaskownicy umyślnie zburzyło zamek innego dziecka i jeszcze przyłożyło mu łopatką po głowie, a rodzice (lub sam tatuś czy mamusia) nie dość, że nie zwrócili mu uwagi, że to co robi jest naganne, to wieczorem przy piwie chwalili się znajomym, że ich dziecko jest przebojowe i sobie w życiu poradzi... to jak o tym nie pisać?
Jeśli w ciągu dnia widzisz dziesiątki podobnych zachowań, ale w piaskownicy są już dorośli; widzisz ten „taniec” w swoistym amoku, gdzie coraz częściej liczy się „brać”, a nie „dać”, a z drugiej strony tę niemoc, która trawi już nawet autorytety; kiedy czujesz, że coś, co budowałeś, rozsypuje się na twoich oczach – to jak o tym nie pisać?
Kiedy nie chcesz – jak inni – być tylko świadkiem, który milcząco przytakuje na pytanie diabła, czy sprzeda mu swoją duszę. Kiedy chcesz coś zrobić, coś powiedzieć… a zarazem wiesz, że diabłów coraz więcej, aniołów coraz mniej, a ty masz przeciwko temu jedynie… słowo.

Kiedy to wszystko widzisz i czujesz, to jakiego słowa użyjesz? Tego z poezji Baczyńskiego, Szymborskiej, Herberta, Miłosza, czy tego z brazylijskiego serialu albo amerykańskiego sitcomu?