LICZĄC DO DZIESIĘCIU

Spotkałem znajomego. Podczas rozmowy, a bardziej mojego monologu, ani razu się nie uśmiechnął. Spytałem, dlaczego jest taki ponury i jeszcze dodałem coś głupiego, tak bez zastanowienia.

Powiedział, że się nie uśmiecha, bo to taki sposób na uspokojenie nerwów twarzy.

Popatrzyłem na niego jak na kosmitę. Zrobiłem to bez napinania policzków i ze smutkiem w oczach. Pomyślałem – co on wygaduje? Przecież zawsze był duszą towarzystwa, a uśmiech rozdawał na prawo i lewo.

Po kilku dniach dowiedziałem się, że odeszła od niego żona, którą kochał do szaleństwa. Kilka miesięcy wcześniej zmarła jego matka. I że on sam jest poważnie chory.

Teraz, zanim cokolwiek powiem albo pomyślę o innej osobie, liczę do dziesięciu. A nawet dwudziestu. Bardzo wolno.