SCHODY

Do czego służą schody, kiedy się jest dzieckiem? Głównie do zbiegania i wbiegania – pokonuje się je niczym strome pagórki. A do czego służy gruba, drewniana poręcz będąca ozdobą takich schodów? Oczywiście do zjeżdżania po niej, kiedy serce rozsadza energia młodego herosa, któremu obce są pytania i wątpliwości dotyczące tego, czy na dole połamie sobie nogi lub ręce.

Moje schody z czasów dzieciństwa i młodości były inne niż te, z jakimi miałem do czynienia później. Nie służyły tylko do wbiegania, zbiegania, czy zjeżdżania po poręczy. Naprowadzały celnie (również zapachem) do kuchni w której babcia smażyła talarki ziemniaków i jajecznicę. Podawała do nich zimne, kwaśne mleko – nie ze sklepu, tylko pochodzące od mleka krowy z gospodarstwa cioci. A krowa nazywała się chyba Krasula. Jeśli na tych schodach upadałem biegnąc na boisko by grać w piłkę – to bez szwanku. A gdy unosiłem się ponad nimi wracając z pierwszej randki – pilnowały bym nie upadł. Bywały chwile, że mnie również „kołysały” po powrocie z imprezy, podczas której w butelkach oranżady nie było wcale oranżady, a mikstura o działaniu wywrotowym. Pozwalały uciekać z domu (wprawdzie na kilka godzin, ale liczy się zamiar), gdy niezrozumienie moich potrzeb zamieniało się w tak zwany konflikt na tle pokoleniowym. Schody to rozumiały. Ale też widziały i wiedziały prawie wszystko – były niemym świadkiem. Czasami z niemego świadka zamieniały się w surowego wychowawcę, gdy wracając o wiele później niż powinienem, specjalnie głośno skrzypiały, żeby obudzić rodziców. Ale też pomagały, kiedy tłumiąc płacz spowodowany miłosnym zawodem pilnowały, by stopnie były stabilne i zdradzony kochanek, zamknięty w swoim świecie nie potknął się na nich i nie rozbił głowy wypełnionej smutnymi metaforami.

Teraz siedzę pochylony nad wielkim, czarno-białym zdjęciem schodów, gdzie obok na ścianie znajdowało się ogromne okno. Pamiętam dokładnie umieszczone w nim barwne witraże, sztukowane i wymieniane, kiedy ulegały czasami zniszczeniu przez innych młodych herosów. Po tych schodach kilka lat temu – po ponad trzydziestoletniej nieobecności w tym domu – wchodziłem tonując emocje, kiedy z bliskimi pojechaliśmy odwiedzić stare śmieci. Schodząc, chciałem sprawdzić czy skrzypią tak samo jak kiedyś – na środkowych dwóch stopniach zaraz przy oknie. Skrzypiały, ale wydawało mi się, że inaczej, jakby coś chciały powiedzieć tym swoim zachrypniętym głosem – a może: przepowiedzieć. Być może to, że dwie bliskie mi osoby z którymi wtedy tam byłem, już niedługo, innymi schodami udadzą się tylko w górę.