KAWA U ŚWIĘTEGO PIOTRA

Śniło mi się, że umarłem i stanąłem przed Świętym Piotrem.
– A ty czego tu szukasz? – spytał zaskoczony Święty Piotr.
– Chyba umarłem? Nie wiem. Może być jakiś inny powód, że tu jestem?
W tym momencie dotarło do mnie, że to przecież sam Święty Piotr, a ja – marny reprezentant jednej z miliardów osadzonych w Piekle lub w Niebie albo wciąż błąkających się w kosmosie duszyczek, więc nie wypada, bym zawierał znajomość takim „poluzowanym” tonem, tym bardziej, że przecież zawsze mnie uczono, jak ważne jest pierwsze dobre wrażenie.
–  Poeta? – spytał celnie z racji swej władzy i wiedzy św. Piotr.
–  Tak. A  w dodatku przedsiębiorca…
– O Mój Boże! – krzyknął. – To wyjaśnia ten widoczny od razu brak pokory. No więc dlaczego tu jesteś?
Poczułem się nieco zbity z tropu. Szukałem właściwej odpowiedzi, ale nic mi na myśl nie przychodziło. Dlatego po wyszukaniu w pamięci najbardziej grzecznościowej i uniwersalnej formy, jaką trzymam na wypadek złego humoru żony, odpowiedziałem:
–  Nie wiem.
–  No, widzę postępy – odrzekł św. Piotr. – Kawy? – spytał po chwili, patrząc mi w zaspane oczy.
–  Kawa? Tutaj? W przedsionku Nieba?
–  Ale przecież to sen – odrzekł św. Piotr.
–  Sen?  – nie dowierzałem.
–  Tak, sen. Nie wiem dlaczego akurat taki, ale widocznie nasz Pan miał w tym jakiś cel, żeby w tym śnie postawić ciebie przed moim obliczem.
–  Ciężar z serca. – odrzekłem z ulgą. – A można kawę z mlekiem?
– Mleka u nas dostatek. Właśnie twój anioł stróż zaczerpuje pełen dzban z mlecznej drogi. Mówisz – poeta i przedsiębiorca? Czy to w ogóle jest możliwe? To tak, jakby w jednym ciele mieć dwie przeciwstawne dusze.
–  Łatwo nie jest, ale daję radę. Czasami sam nie wiem, jak mi się to udaje łączyć…
–  A! Coś mi się przypomniało! – przerwał św. Piotr, nalewając kawy – Niedawno się pojawił taki jeden – też we śnie. Dziwny jakiś, a zarazem strasznie „wyniosły”. Niby patrzył mi w oczy, ale ten jego wzrok był taki nieszczery. I on również wspominał, że żyje jakby w dwóch światach – realnym i nierealnym.
–  Kim był?  – zapytałem.
– Politykiem. Ale gdzieś tam pod moją niebiańską skórą czułem, że wspominając o swoich dwóch światach, nie mówił do końca prawdy.
–  Dlaczego?
– Dlatego, że w jego oczach zamiast tego błysku, który daje największą liczbę punktów kwalifikujących do przejścia przez Bramę, którą widzisz za moimi plecami, wyczuwalny był – zbyt mocno – jakiś jeszcze trzeci świat. Bardzo podobny do tego, zarządzanego przez mojego konkurenta.

Podczas tego wywodu Świętego Piotra, upijając łyk najlepszej kawy, jaką zdarzyło mi się kiedykolwiek wypić, zauważyłem w pewnej chwili kobietę, która jakby wyłoniła się za chmury. Kogoś mi przypominała – jej strój, trzymana w jednej ręce gałąź a w drugiej koło, na głowie  korona zwieńczona jeleniami…
– Nemesis? – spytałem strażnika Bramy.
– Tak, to ona. Często mi pomaga.
– Przy bramie Nieba? Przecież to nie ta historia.
– Mitologia, drogi poeto, już od dawna nie jest inną historią. Połączyliśmy jakiś czas temu siły, zawarliśmy umowę, ale nie rozgłaszaliśmy tego wydarzenia. Umowa zawiera szereg klauzul – między innymi taką, że w ramach współpracy mityczni bogowie będą korzystać jedynie z umiejętności, które mają w sobie ogromny potencjał dobra. Rozumiesz – coraz więcej ludzi na Ziemi, więcej problemów, świat co chwilę staje na głowie i właśnie boginie oraz bogowie –  obdarzeni ludzkimi cechami –  najlepiej się w tej rzeczywistości odnajdują, sprawdzają i pomagają. Gabriel oraz pozostali aniołowie już bowiem nie dawali rady. Sam zresztą widzisz, co się na Ziemi porobiło. Taka pomoc – choćby Posejdona, Hermesa, Dionizosa czy Nemesis – jest dzisiaj nie do przecenienia. Szkoda, żeby z tymi swoimi umiejętnościami nadal byli bezrobotni. Pomaga nam również Atena, pomocna jest Afrodyta i Apollo. No i są wszystkie twoje muzy.
–  Muzy? To może…
– Nie, nie – wiem, o czym pomyślałeś. Niczego nie będziemy przyśpieszać. Sen – to sen. I tak ma zostać. Plan na ciebie jest inny. Musisz wrócić na Ziemię by kontynuować dzieło, którego się podjąłeś – bronić poezji przed prozą.

Gdy padły te słowa, zobaczyłem przechodzącego nieopodal Apollina, a za nim… – muzy. Niektóre szły, tańcząc na czubkach palców, inne – roześmiane – żywo o czymś dyskutowały. Jedna z nich zatrzymała się na chwilę, odwróciła w moim kierunku głowę i wtedy rozświetliło się gwiazdami niebo, a w jej oczach zobaczyłem urzekający blask.

Obudziłem się, mając zachowane w pamięci światło bijące z jej oczu. Podobne zobaczyłem za oknem. Wschód słońca wydawał się inny niż wszystkie podziwiane do tej pory. Pewnie dlatego, że nigdy wcześniej nie dostrzegałem tych słonecznych promieni, które dzisiaj, przeciskając się pomiędzy gałęziami drzew – kiedy jesień zabrała im już wszystkie liście – sprawiły, że drzewa jakby nagle rozkwitły, a z nimi – cały ogród i moje  przebudzenie.