NIE ZNAM SIĘ NA POEZJI

Nie znam się na poezji – do takiego wniosku doszedłem podczas czytania kolejnego zbioru wierszy młodego, współczesnego poety. Dlaczego? Dlatego, że od kilku już lat, co jakiś czas kupuję tomiki współczesnych poetek i poetów, zachęcony achami i ochami na ich temat padającymi z ust znanych poetów, często również – krytyków literatury. Autorzy kupowanych zbiorów, to najczęściej twórcy, nagradzani w prestiżowych konkursach na książki poetyckie, ale również w konkursach, na które wysyła się wiersze „luzem” . A jeśli nagradzani – zostali pewnie uznani przez wielu jurorów za bardzo dobrych, a ich twórczość – za godną polecenia.

Czytam, czytam – czasami wydaję okrzyk „ACH!!!”, ale czasami też – niestety – do czytania się zmuszam. I zachodzę w głowę – dlaczego wśród rekomendowanych wierszy jest tak dużo utworów, w których trudno mi dostrzec poezję, na jakiej się wychowałem i jakiej mnie uczono. Albowiem natrafiam wśród tych wierszy na dziwolągi-układanki, czasami to taka „poezja bez poezji” albo publicystyczne relacje ubrane w coś, co według autora jest poezją, a według mnie – nie jest. Zbyt dużo przypadkowych rymów, wulgaryzmów i zwrotów, które uważane są obecnie za tak zwany „wyrazisty język”, ale mnie – drażnią, irytują, odrzucają. Jak kiedyś – wiele wierszy Wojaczka czy turpizmy Grochowiaka. Co jeszcze – sporo utworów „przegadanych” i gdybym mógł, skreślałbym co drugie, nic nie wnoszące zdanie. Czasami – zwykła proza (nawet nie poetycka) zapisana jako wiersz lub stara jak świat, powielona setki razy historia zbudowana na prostych słowach i – niezrozumiałe dla mnie – „eksperymenty”; używanie zwrotów mowy potocznej w stylu tak zwanego nurtu poezji lingwistycznej (jak choćby u Mirona Białoszewskiego) lecz tylko w stylu i to nieudolnym. Nic „głębiej”, nic „więcej”. A bywały i takie momenty w tym moim czytaniu, kiedy zastanawiałem się nawet, dlaczego wydawcy kilku z tych dzieł nie skorzystali przed drukiem z pomocy i wsparcia redaktora literackiego.

Gdy sięgam po wiersze Williama B. Yeatsa, Josifa Brodskiego, Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej, Haliny Poświatowskiej, Ewy Lipskiej, Tomasza Różyckiego, lub – na przykład bardzo ciekawego poety libijskiego, którego rekomendowała mi Magdalena Koperska, szefowa Wydawnictwa Anagram – Ashura Etwebi; kiedy czytam dzieła Józefa Barana, Anny Świrszczyńskiej czy Harry’ego Dudy, gdy otwieram zbiory z utworami Kamila Baczyńskiego, Bolesława Leśmiana, Juliana Tuwima, Konstantego I. Gałczyńskiego, Cypriana K. Norwida czy Tadeusza Różewicza… – mógłbym tak długo, bo wiele jeszcze książek znakomitych poetów stoi w moim domowym „dziale poezji” – to właśnie tam znajduję to coś, czego szukam. A tym czymś dla mnie są wyczuwalne emocje i natchnienie dzięki którym wiersz powstał; jego melodia, rytm; czasami – tak ważny – duch romantyzmu; „konstrukcja”, forma, która wskazuje na bardzo dobry warsztat; przeniesiona do wiersza wrażliwość twórcy ale przede wszystkim – oryginalne, odkrywcze metaforySŁOWA, dzięki którym wiersz „żyje”, ma duszę; słowa potrafiące „uwieść”, spowodować, że podczas czytania – jak pisał Josif Brodski – „będę się stawał tym wierszem”. Lecz przede wszystkim takie słowa, o których Harry Duda w swojej najnowszej książce „Aniołowie na ulicach Sodomy” pisze: „Słowo jest jak światło. I jak rzeczą światła jest rozjaśniać ciemność, tak rzeczą słowa jest rozjaśniać mroki naszej świadomości. Mroki głębsze i bardziej niebezpieczne niż jakakolwiek ciemność. Próbuje tego słowo osadzone w poezji. Wszyscy bowiem jesteśmy pogrążeni w ciemności: i poeci, i słuchacze lub czytelnicy poetów. Słowo, które ma naturę światła, może budzić, ale też koić i obdarzać dobrym snem. Jest bowiem także modlitwą, która przez piękno usiłuje dociec Niepoznawalnego, umacniając albo nawet lecząc nasze człowieczeństwo. Idąc ponad ulotność chwili, ponad zabawę i ponad pustkę powraca swym lotem do kryształu Idei, którego jest migoczącym odłamkiem”.

I właśnie takich słów w poezji wielu współczesnych poetów – niestety, znajduję coraz mniej.