KWARANTANNA DLA GRAFOMANÓW

Kilka dni temu, zapatrzony w zachód słońca – ten prawdziwy, namalowany przez naturę a nie przez mistrza landszaftów, wysnułem nieco kontrowersyjną tezę, że – o ile każdy dobry poeta, bez wyjątku, powinien być pod szczególną ochroną, to ci uprawiający (najczęściej masowo) gatunek zwany przeze mnie: „rymowanki – cuda wianki” lub prozę układaną w „słupek” by udawała wiersz, żeby móc publikować razem z dobrymi poetami, powinni być najpierw poddani przymusowej, ubranej w pewne procesy „naprawcze”, kwarantannie. Oczywiście mam na myśli tylko tych grafomanów, którzy – po pierwsze – dobrze rokują i widać u nich jakiś potencjał do rozwoju i po drugie – na taką kwarantannę się zgodzą. Dlaczego napisałem „zgodzą”, a nie „zgłoszą”? Dlatego, że grafoman sam na kwarantannę się nie zgłosi. Z prostego powodu: nie jest on bowiem świadomy swojego grafomaństwa. Dlatego trzeba go najpierw zdemaskować. A później zaproponować kwarantannę. Z procesów naprawczych zwolniłbym grafomanów totalnych, znanych – obok masowej produkcji pseudoliteratury – również z nagminnego tytułowania siebie lub swoich pobratymców „znakomitą poetką” lub „znakomitym współczesnym poetą”. W kierunku grafomanów totalnych pomocnej dłoni – nawet w przypływie czysto ludzkiej życzliwości – nie wyciągnę.

W ramach takiej kwarantanny, oprócz czasowego „odcięcia” od możliwości publikacji (wszędzie – bez wyjątku), ci grafomani, u których odrobinę talentu jednak widać, musieliby odrzucić szczelny pancerz samouwielbienia, które zrodziło się w nich po kolejnej serii najkrótszych recenzji świata – czyli „lajków” od znajomych lub komentarzy w stylu: „Piękny ten wiersz, taki głęboki”, albo: „Ma takie śliczne rymy, a to przecież sztuka coś takiego wymyślić, nie?”. Musieliby również dać się namówić – wbrew oporom wynikającym z grafomańskiego, rozrośniętego EGO – doświadczonemu, bardzo dobremu poecie lub poetom, na kilka lekcji i konsultacji. Albowiem pokora, studiowanie wierszy (najlepiej tych najlepszych autorów), ale przede wszystkim wiedza na temat poezji – oczywiście oprócz wymaganego talentu – bardzo się przydają, by tworzyć ze słów prawdziwe dzieła, a nie podobne landszaftowym „zachodom słońca” czy „jeleniom na rykowisku” słowne wytwory; by wartościową literaturę wzmacniać, ochraniać, gdyż masowe produkty literackopodobne niemiłosiernie ją już obiły i nadal się nad nią znęcają.

I chociaż mój pomysł ma na celu ratowanie przede wszystkim wartościowej literatury (oraz dobrych poetów, by wytrzymali psychicznie napór grafomanów), jest (jakby nie było) również wyciągnięciem pomocnej dłoni w kierunku zagubionych literacko duszyczek. Jednak pomimo (pewnie) oporów ze strony liderów poetyckiego establishmentu, tych najambitniejszych, największych, którzy szukają doznań intelektualnych najwyższych lotów, uważam, że o ile każdy (bez wyjątku) dobry, utalentowany poeta powinien być pod szczególną ochroną, to znowu ci, których produkcje znacząco odbiegają od kanonu i podstawowych norm literackich (normy wprawdzie ograniczają swobodę pisarza, ale to przecież dzięki nim pomysły mogą zostać zrealizowane na planie uchwytnych wartości literackich) mogliby mieć szansę równoprawnego uprawiania tej profesji, jedynie po wcześniejszej kwarantannie lub wielu kwarantannach podczas których grafomański kod, jakim się posługują zostałby złamany i zaraz później doszczętnie zniszczony.

Nie mam niestety dobrego pomysłu dla odbiorców takich literackopodobnych „dzieł”. Bo przecież jedni chcą słuchać i czytać tych, co na Parnasie już są lub się do niego zbliżają, a wartościowa literatura ich „podnieca”, rozgrzewa, nie boją się jej, rozumieją nawet trudny esej czy poemat. Inni – często nie rozumieją prostych metafor, które dla tych blisko Parnasu oraz ich czytelników wydają się oczywiste. I tym drugim wystarczają właśnie „rymowanki – cuda wianki”, najprostsze komunikaty zbudowane na bezpośrednim przekazie słów i emocji. Jak kiedyś film „Izaura”, który miał wierną, wielomilionową widownię, a producenci chusteczek higienicznych wielomilionowe zyski. Albo jak muzyka disco-polo, z którą walczą nie tylko fani zespołu Pink Floyd oraz The Rolling Stones. A przecież są jeszcze miłośnicy muzyki klasycznej, dla których całe dekady to właśnie muzyczny rock wywodzący się z rock and rolla oraz bluesa jawił się jako wyklęty gatunek, a jego gwiazdy często były nazywane przez fanów klasyki  „szarpidrutami”.

Wydaje się jednak, że walka o masowy odbiór wartościowej sztuki nie ma sensu, gdyż disco-polo i brazylijskie (oraz im podobne) seriale swoją widownię i fanów będą miały zawsze. Walczyć oczywiście trzeba z nadawaniem muzyce disco-polo miana dzieła sztuki lub stawianiem jej na podium. I chyba podobnie należy zrobić z grafomańską poezją. Można tolerować czyjeś gusta, ale wcale to nie musi być równoznaczne z tym, że grafomański utwór należy uznać za dobry i publikować go – na równi – obok znakomitych tekstów, by podnieść wartość takiego „szkaradełka”, rozwadniając tym samym ogromną jednak różnicę (a często – przepaść).

Przy tych ostatnich dywagacjach pojawia się element tak zwanych „wspólnych publikacji” pod postacią wszelkich almanachów i portali promujących poezję, gdzie często obok wierszy – znanych i mniej znanych – bardzo dobrych poetów znajdziemy wierszopodobne, grafomańskie stworki i potworki. Może już najwyższy czas by znaleźć dla takiej „para poezji” po pierwsze: termin, który zostanie wpisany do słowników, a nawet do Wikipedii jako np. POEZJA MASOWA i po drugie – przestrzeń zwaną np. STREFĄ MASOWĄ, gdzie grafomani będą mogli do woli dystrybuować swoje produkty, a ich czytelnicy masowo to „wciągać”. Natomiast dla tych, którzy będą chcieli dostać się do STREFY ELITARNEJ, a z wiadomych powodów do tej strefy się nie kwalifikują – najpierw kwarantanna (jeżeli wyrażą taką wolę, a przede wszystkim – skruchę), później szkolenie, ciężka praca nad sobą, egzamin i na koniec certyfikat. I nawet jak taki adept zda egzamin, to najlepiej dać mu na początek certyfikat warunkowy, w razie gdyby stworzył dla siebie (świadomie lub przypadkiem) nowy kod dostępu do kolejnych i nieograniczonych pokładów grafomanii.

Wrzesień 2020