SPRZECZNOŚĆ

Pragniemy długowieczności, a równocześnie wybieramy powolne samobójstwo. Takie, które trwać będzie aż do późnej starości i chwili, kiedy w końcu umrzemy.  Tego typu powolnego samobójstwa doświadczamy najczęściej nieświadomie, dzień po dniu. Dozujemy je sobie w postaci toksycznych wiadomości telewizyjnych, internetowego hejtu czy kłótni rodzinnych; amoku pracy – często ponad siły, który kończy się albo depresją, albo zawałem lub innym „kataklizmem”; kariery i nadmiernej konsumpcji; miłości do pieniądza, notorycznego stresu, chorób – tak zwanych cywilizacyjnych i nałogów; zatrutych związków, w których tkwimy, bo się od siebie uzależniamy albo tak właśnie rozumiemy wygodne życie. I w końcu – ze strachu przed tym, że wszystkie rzeczy, jakie zdobyliśmy kosztem naszego zdrowia (czyli w ramach tego powolnego samobójstwa), nagle stracimy.

To powolne samobójstwo niekiedy jest nawet o wiele gorsze od tego nagłego. „Dzieje się” cały czas, czy mamy tego świadomość, czy nie. A jak ktoś nas zapyta: Co u ciebie słychać? Jak żyjesz? – zamiast powiedzieć prawdę, że w tym chronicznym stanie powolnego samobójstwa tkwimy od dawna, my mówimy: „super!”. Czyli, w sumie, nawet lubimy to samobójstwo. I dodajemy: Oby tylko nie było gorzej – tak jakby to, co jest, w jakimś sensie nas spełniało, było czymś naturalnym i dla nas dobrym.

Im jestem starszy, tym bardziej odczuwam skutki tego, o czym wyżej napisałem. I coraz mi trudniej zrozumieć ludzi, a nawet samego siebie.

Z dnia na dzień coraz trudniej.