NIE MA DOBRYCH POETÓW?

„Nie ma dobrych poetów – istnieją tylko dobre wiersze” pisał w jednym z Dzienników Sandor Marai. W pierwszej chwili wiele osób pewnie zaoponuje (głównie poeci), no bo przecież jest coś takiego, jak „dorobek literacki”, a sam fakt, że dany poeta (w opinii nie tylko naszej, ale tych, którzy się na poezji znają) napisał bardzo dużo dobrych (a nawet kilka znakomitych) wierszy, powinien go jednak sytuować mianem DOBRY. A jeśli jeszcze stworzył własny, oryginalny styl, opanowując przy tym doskonale poetycki warsztat?

Jednak – wcześniej czy później – może pojawić się wątpliwość sprowokowana powyższym  cytatem: przecież każdy odbiera poezję indywidualnie. Jednemu się podoba Norwid, inny Norwida „nie lubi” lub nie rozumie. Ktoś „kocha” lirykę Leśmiana czy Lipskiej, inny – nie za bardzo. Wielu mówi, że Herbert jest wybitny, ale pewnie równie wielu Herberta po prostu nie rozumie. Tym samym coś, co dla jednego czytelnika jest dobre, wcale nie musi być dobre dla innego. Oczywiście krytycy (a bardziej nawet jurorzy prestiżowych konkursów poetyckich) i tak wydadzą odpowiednie certyfikaty w oparciu o tak zwaną wiedzę na temat poezji (lub też z innych powodów, często nie do końca zrozumiałych) i takiego lub innego poetę dobrym okrzykną. Lecz gdy czytam nagrodzony zbiór jednego z laureatów uznanego, ogólnopolskiego konkursu poetyckiego, nie czuję się tą poezją jakoś specjalnie zbudowany. I jak bumerang wraca temat tak zwanego indywidualnego odbioru wierszy. Czy były dobre? Dla jurorów tak. Ale czy są dobre dla mnie?

Całkiem niedawno wpadł mi w ręce tomik mało znanej poetki, której utwory nie tylko pozytywnie mnie zaskoczyły, ale też okazały się bardzo interesującą, oryginalną lekturą. Nawet zazdrościłem jej kilku metafor. I kiedy chwilę później wziąłem do rąk książkę innej autorki, laureatki bardzo prestiżowego konkursu poetyckiego, wiersze z jej tomiku okazały się lekturą – po prostu – zwyczajną. Bez „achów’ i „ochów”. Czytanie wielu z nich kończyłem już po pierwszym akapicie. Dlaczego zatem spośród ponad 300 książek poetyckich członkowie jury nagrodzili akurat ten zbiór? Być może wiedzieli coś, czego ja nie wiem. A być może należę do tych osób, które choć piszą wiersze, na poezji po prostu się nie znają. Ale… tym samym znowu wracamy do punktu wyjścia. Czy żeby dany wiersz się komuś podobał, czy też nie, ten ktoś musi się znać na poezji? I jeśli tak, to w jakiej skali? Nieco? Choć trochę? Bardzo? Wybitnie?

Powyższe moje dylematy niech zilustruje inny cytat z Dzienników Sandora Maraiego (datowany: 1944): „Nie trzeba pisać „mądrych” wierszy. Trzeba pisać piękne, poetyckie wiersze. W Obłomowie Gonczarowa bohater przyłapuje lokaja na deklamowaniu wierszy. Pyta go kpiąco: – Rozumiesz ten wiersz? – Gdybym rozumiał – odpowiada lokaj – to nie byłby wiersz”. I choć w przypisach pojawia się informacja, że takiej sceny brak w Obłomowie (lecz pewnie się pojawiła w innej książce, będącą jedną z wielu lektur wspomnianego pisarza), historia ta jest „intrygująca”.

Odnośnie tak zwanych „dobrych” i „słabych” wierszy oraz certyfikatów nadanych sporej grupie poetów, dzięki czemu uznani zostali za „dobrych” lub „bardzo dobrych”, ale też w związku z tym cytatem Maraiego, jakiś czas temu chodził za mną nieco przewrotny pomysł na eksperyment-prowokację. A w związku z tym, że eksperyment ten (gdyby go wprowadzić w życie) byłby niewybaczalnym naruszeniem praw autorskich wymienionych poniżej autorów, pozostanie jedynie opisanym przykładem. Otóż chodziło w tym eksperymencie o to, by wybrać oryginalny wiersz mało znanej poetki, podobny stylem do (powiedzmy) wierszy Poświatowskiej i opublikować go (na przykład w Internecie, na znanym portalu gdzie publikowane są wiersze pod którymi czytelnicy dają „lajki”, czyli tak zwane polubienia) pod nazwiskiem Poświatowska. A jeden z mniej znanych wierszy Haliny Poświatowskiej opublikować pod nazwiskiem tejże mało znanej poetki. Podobnie można byłoby uczynić z poetami. Utwór mało znanego autora opublikować pod nazwiskiem, powiedzmy, księdza Jana Twardowskiego, a wiersz Twardowskiego pod nazwiskiem tego mało znanego. Ciekaw jestem reakcji czytelników i tego ile tak zwanych „lajków” otrzymałby wiersz mało znanej poetki podpisany nazwiskiem Poświatowskiej, a ile wiersz Haliny Poświatowskiej podpisany mało znanym nazwiskiem, mało znanej poetki. Podobnie w tym drugim przypadku.

Może właśnie o podobnym do tego „fenomenie” myślał dawnymi laty Sandor Marai, zapisując w „Dzienniku” cytowaną na wstępie myśl? O tym, że nadanie (odgórnie) certyfikatu „jakości” danemu autorowi, sprawia, iż niejako z automatu spora grupa czytelników traktuje go jako dobrego poetę i WSZYSTKIE jego wiersze muszą być wtedy dobre? Nawet te (jak mawia mój przyjaciel) „puszczone”? A może Marai miał na myśli coś zgoła innego, o czym się nigdy nie dowiemy?