DROGA DONIKĄD

Przede mną dwie książki: „Pisarz dla dorosłych”, prawie 1000-stronicowa opowieść o Józefie Mackiewiczu autorstwa Grzegorza Eberhardta (Wyd. Prohbita, 2013), gdzie na stronie 242 jest rozdział o powieści „Droga donikąd”, którą Mackiewicz zaczął pisać w okresie pierwszej okupacji sowieckiej Wilna, a ukończył już pod okupacja niemiecką.
Druga z książek, która wywarła na mnie ogromne wrażenie, to właśnie wspomniana „Droga donikąd” (Wyd. Kontra, Londyn). O czym jest to dzieło? Za Eberhardtem: „Akcja powieści rozgrywa się na tle autentycznych wypadków okresu pierwszej okupacji sowieckiej 1940-1941, na granicy Litewskiej i Białoruskiej Republiki Rad, ówczesnego sowieckiego podziału administracyjnego. W przeciwieństwie do licznej literatury o tematyce sowieckiej, rzecz nie dzieje się ani w więzieniach, ani w łagrach. Tło stanowi wyłącznie tzw. dzień powszedni sowietyzowanego kraju, przy czym problem ujęty został nie tyle od strony znanych metod bolszewickich, ile od strony reakcji i rozkładu moralnego  jednostek ludzkich pod wpływem tych metod”.

Podobnie jak wiele innych wartościowych dla mnie książek, również „Droga donikąd” otrzymała sporo zakładek, tam, gdzie znalazłem coś, do czego chciałbym wracać. To miejsca często zakreślone również ołówkiem, zdania, które pomagają mi zrozumieć to, co we mnie i to co obok. Jeden z cytatów opatrzony zakładką: „ Nie wolno doprowadzać do incydentów z tłumem. „Tłumem”, mówił jej kiedyś Iwan Mikołajewicz Jegorow trzeba kierować i prowadzić, a nigdy nie kłócić się  z nim albo zwalczać.  Zwalczać i likwidować trzeba tylko jednostki z tłumu. Oto do czego potrzebny nam jest aparat (…) bezpieczeństwa, tak szkalowany przez państwa kapitalistyczne. Jest on w istocie swej najbardziej nieodzownym składnikiem postępu. Bo nieodzowne jest usunięcie kija ze szprych, gdy koło ma się toczyć naprzód”.

Najbardziej zapamiętaną sceną z tej powieści jest rozmowa Fiodora Mikołajewicza, majora czerwonej armii z Pawłem, bohaterem powieści.  A oto fragment tej rozmowy: „ – My proszę pana – mówił major równym głosem – wychowaliśmy się w tak zwanej kulturze chrześcijańskiej. I ojcowie nasi, i dziadkowie. Dlatego wszystko, co w niej było nieprawdą, nawet najoczywistszą, nas nie raziło. Przywykliśmy. Ot, jak ten czyżyk do klatki naszego kochanego gospodarza. Panu może pokazywał? No więc. A co by pan powiedział, gdyby na przykład jakiś nieobyty zajechał.. No powiedzmy, ludzie z innej planety przybywają do nas, do chrześcijan. Pierwsze pytanie: jaka u nas religia, czym odznacza się, jakie przykazania? I odpowiedź: wyznają Boga, który jest uosobieniem miłości, a przykazania takie, żeby drugiemu nie robić nic złego. Aha, nu, i na drugi dzień, powiedzmy, ci ludzie z drugiej planety dowiadują się, że my od tysięcy lat nic innego nie robimy jak tylko drugiemu zło: mordujemy, w więzieniach trzymamy i coraz to wymyślamy nowe wynalazki, żeby móc zamordować nie jednego już bliźniego, ale całe tysiące od jednego machu. Co by pan powiedział, żeby sam był z tamtej planety? Powiedziałby: Ależ to największe łgarze jakich spotkałem”.

Od łgarzy, lecz tych o których mowa w książce, głównie pobratymców majora Fiodora Mikołajewicza, od antyhumanitarnych metod bolszewickich oraz od tego, co prowadziło do rozkładu moralnego jednostek ludzkich pod wpływem wspomnianych metod, ale też od planowanego aresztowania i możliwej wywózki na Syberię, Paweł postanawia uciec. Jednak chcąc wybrać mniej uczęszczaną drogę, w końcu zabłądził. Kiedy zatrzymał zaprzęg obok lasu, niedaleko bagien, Marta, jego żona spytała: – A dokąd ta droga? – Donikąd – odpowiedział.