KLATKA 1981


„Źródłem godności człowieka jest wolność”.
Kartezjusz

1.
Stał przy zamkniętym oknie swojego ciasnego mieszkania na poddaszu, ukrytego w gąszczu bloków z kamienia i betonu. Przez szparę w zasłonie patrzył na ulicę.  Po długiej chwili wpatrywania się w kolumnę opancerzonych samochodów odwrócił się od okna. Usiadł przy starym, zniszczonym biurku i zapalił papierosa. Na kartce wkręconej do maszyny napisał tytuł: KLATKA.

2.
Nie wiedział, czy to, co się działo i dalej się dzieje jest jawą, czy snem, kiedy w uszkodzonym lustrze odbijały się podwójne i potrójne obrazy z przeszłości. Obrazy tego, czego nienawidził, ale i tego, czym się fascynował; obrazy marzeń i te obrazy, których się bał. W tym nadkruszonym lustrze wydarzenia realne mieszały się z nierealnymi. Zniekształcone kobiety kusiły nagimi ciałami, prowokowały do zbliżenia. Później ta erotyczna tragifarsa zamieniała się w rokowy koncert, a jeszcze później młodzieńcy zaczepiali dziewczyny na ulicach, w pociągach i kawiarniach. Gdzieś obok, w tle, ktoś rozmawiał o poezji, ktoś inny się upijał. Byli nawet narkomani – schowani w bocznej, ciasnej ulicy, dzielący się działką z jednej strzykawki. Ale był też ogromny tłum, niosący sztandary i pochodnie. Dużo wizji i niedopowiedzeń.  Świat symboli przemieszany z realnym śmietnikiem.

3.
Jednym z narzędzi władzy jest informacja, a bardziej: kontrolowanie. Innym – siła. Wykonawcy, działający w imieniu właścicieli tych atrybutów zawsze mają na twarzach maski, a ich ciała przykrywają obcisłe, czarne kombinezony. Jest w tym coś z Kafki. Pojawiają się o świcie, przeszukują dom, później rzucają człowieka na podłogę, skuwają kajdankami i odczytują mu krótki akt oskarżenia. Na koniec, wyprowadzają go z domu. Nikt nie wie dokąd, a sam porwany niczego nie rozumie.

4.
Zagubienie rośnie zawsze w miarę potęgowania się negatywnych emocji. One to właśnie się plenią i zatruwają kraj. Atrybuty władzy byłyby bez znaczenia, gdyby nie emocje, na czele których stoi STRACH, pojawiający się w myślach nieświadomych mas i znaczący ich twarze. Ktoś by powiedział, że to wyczekiwanie słynnej Apokalipsy, która straszy od pokoleń. Lecz tak naprawdę ten z pozoru rozgardiasz to jest misternie zbudowany System. W nim, na milionach rozsypanych przeźroczystych kulek stale się przewracamy.  A kiedy się podnosimy, często pokaleczeni, ze złamaną ręką lub nogą, nic nie pamiętamy. Nie wiemy, dlaczego się przewróciliśmy. Tak on działa.

5.
W różnych miejscach kraju, w tym samym czasie, zorganizowane grupy ludzi wsiadają do autobusów i pociągów. Jadą na wielki, polityczny wiec. W ich zachowaniu jest jednak coś dziwnego – jakby znajdowali się w stanie letargu. W dodatku – wszyscy milczą. Ojciec z dzieckiem czeka na wolne miejsce, dziewczyna czyta książkę, a jej chłopak, ubrany w niebieską koszulę, patrzy nieobecnym wzrokiem przez okno, trzymając w dłoni ledwie nadgryzione, wielkie jabłko. Śpiące dziecko upada ojcu na szyję, przygniata go swoim ciężarem. Ojciec je przygarnia i przysuwa bliżej upragnionego siedzenia. Kilka nastolatek próbuje wydobyć ze zniszczonej gitary jakąś melodię. Babcia ssąca miętowy cukierek rozgląda się podejrzliwie. Nagle zaczyna mówić o przyszłości. Siedzący obok niej człowiek w masce i kombinezonie obejmuje ją ramieniem. Mówiąc coś starej kobiecie do ucha, dyskretnie wbija igłę małej strzykawki w jej szyję. Kobieta zasypia.

6.
Żebrak usiadł na swoim stałym miejscu, przy rogu głównej ulicy miasta. Położył kapelusz na kolanach. Obok leżała jego biała laska ślepca. Starsi ludzie kłaniali się żebrakowi i wrzucali do kapelusza monety. Po chwili, wypełnione po brzegi okrycie głowy podniósł człowiek w czarnym kombinezonie. Wsypał monety do jutowego worka, szepnął coś żebrakowi do ucha i po chwili obaj zniknęli w tłumie.

7.
Behawioryzm. Watson był Amerykaninem. Tam ludzie są inni niż u nas. Wielki kapitalizm, bezrobocie i wyzysk człowieka. Tak podają pewne źródła. U nas, jeśli popierasz władzę i podzielasz jej poglądy – włos ci z głowy nie spadnie.

8.
Eksteroreceptory odbierają rytmiczny  odgłos nóg ludzi, biegnących po kartki na miłość. Cena czarnorynkowa – dwa tysiące złotych. Kartki na lojalność, uczciwość i prawość są już od dawna niedostępne. Karteczka wywieszona na ustach urzędnika ważnego urzędu oznacza brak słów, które jeszcze niedawno wyrzucał z siebie niczym karabinowe salwy. Urzędy od dawna podlegają nowej dyrektywie milczenia. Dopuszczalne są tylko gesty, ale i one są ściśle reglamentowane. Jedna wielka tajemnica i dużo niedomówień. Wszystko po to, by jasne sytuacje nie funkcjonowały jako pewnik. Zagmatwanym światem i milczącymi masami sprawniej się zarządza.

9.
Wczoraj w kinie puszczali francuski film erotyczny. Fabułę przeplatały szalone orgie kochanków na ogromnym łóżku, wśród rozrzuconych na nim czerwonych kwiatów. Bohaterowie pili szampana i jedli truskawki. Później on opuścił kochankę, a ona użalała się nad sobą. Chodziła po pokoju w rozpiętym, różowym szlafroku i paliła Gitanesy. Widać było jej małe piersi i szczupłą, nagą talię. Ludzie siedzący w kinie wypili już w myślach szampana i wypalili Gitanesy. Mężczyźni, uwiedli w myślach kobietę w szlafroku, a kobiety zrobiły to samo z jej kochankiem. Kiedy film się skończył, widzowie wolno wstawali z miejsc swojego pozornego dobrobytu i skrywanych pragnień. Wychodzili bez pożegnania. Jutro – mając ważne jeszcze pozwolenie – ponownie tutaj przyjdą napić się w myślach szampana i uprawiać wyimaginowany seks.

10.
Metalowy talerz spadł ze stołu i potoczył się w kierunku ściany klatki. Wystraszona mysz schowała się za oberwany kawałek framugi masywnych drzwi. Ze starego kranu, przywieszonego obok metalowej pryczy przestała kapać woda i tylko żółty pas na zlewie był świadectwem tego uporczywego dźwięku, który tnie myśli na drobne kawałki, by razem z kroplami wody wrzucić je na koniec do zlewu.

Obudził się. Przetarł oczy i zerwał wiszącą nad nim pajęczynę. Podniósł  się z legowiska i zrobił ponowny obchód klatki. W jego głowie szumiał jeszcze głos wyroku. Jakieś szmery zakłócały funkcjonowanie komórek mózgowych. Zachwiana równowaga i czasowe zawroty głowy nie pozwalały mu nawet na chwilę skupienia. Wyobcowanie, cuchnące powietrze rozpylane przeciągiem z małego okienka, to wszystko zadawało rany na świadomości.

Ułożyć po kolei, zebrać w całość… Tamta sytuacja… Pisał całą noc, a później nad ranem… Dlaczego właśnie on? Co takiego zrobił? Przecież tak bardzo uważał, żeby nie użyć żadnego zakazanego słowa, czy zdania. A może tytuł opowiadania? Może tytuł go zgubił…

I znowu skok w nieład myśli. Głos sędziego pulsuje w głowie, którą chwyta w obie ręce i tak jakby chciał ją wyrwać, ukarać za nieprawidłowy rozwój sytuacji. Gdzie jest? Dlaczego tutaj jest? Jak się tutaj znalazł? Pytania kłębiąc się właziły jedno na drugie tworząc gigantyczny znak zapytania.

Spokój, przydałoby się trochę spokoju. Sen? Odpada. Nie może być teraz nieprzytomny.

Budzi go krzyk. A jednak to był sen.

Zlany potem chwycił leżącą na stole paczkę papierosów. Cholerna dolegliwość, a w myślach – jedna za drugą – interpretacja Freuda. Metoda swobodnych skojarzeń. Ten sen i ta cholerna dolegliwość. Papieros… Dlaczego nie czuje smaku?

Wstał z łóżka i skierował się w stronę małego okna. Zobaczył grube kraty. Dopiero teraz uświadomił sobie fakt, że jest zamknięty. Zaczął krzyczeć, lecz nikt go nie słyszał. Więzienie położone było na pustkowiu, a służby tylko raz dziennie pojawiały się – na chwilę, by podać miskę z jedzeniem.

Zimny pot ponownie oblał mu czoło. Zgniótł papierosa. – Nie, nie… – wyszeptał. – Obudzić się, obudzić… To jeszcze dalej ten przeraźliwy sen…

Jego ciało zaczęły powoli krępować jakieś niewidoczne liny. Chciał się podnieść – nie mógł. Znowu dziesiątki pytań właziło mu do głowy. Ale tam nie było już miejsca na ich rozwiązanie. Po chwili siedział półprzytomny powtarzając szeptem sobie tylko znany tekst modlitwy. Czuł, że to już koniec. W myślach pojawiały się jeszcze, niczym porwany film, tamte dni kiedy stał na czele tłumu. Kiedy podnosił wysoko rękę wzywając do walki i czytał…. Manifest?

Widział twarze  niektórych ludzi stojących przy nim, tych którzy go wspierali, ale i ostrzegali… Jednak on nie słuchał ostrzeżeń, bo jako jeden z ostatnich zachował ideały…

Nagle, obrazy które widział zaczęły się zacierać. Pojawił się myślowy mętlik. Czuł, że z chwili na chwilę coraz bardziej słabnie.
Aż w końcu upadł i leżał półprzytomny.

11.
Przez okno słychać było coraz większy hałas. W kierunku więzienia zbliżał się tłum niosący szubienicę. Na czele tłumu szedł żebrak, którego wybrano na przywódcę. Tak długo czekał, tak często przegrywał. Ale udało się. Teraz wymachiwał swoją laską ślepca, a kiedy tłum doszedł do celu, ściągnął ciemne okulary, wytarł pot z czoła i zaczął czytać tekst przemówienia. Okłamał wszystkich, nie był ślepcem, czytał z kartki, lecz ludzie – niczym zahipnotyzowani – zdawali się tego nie zauważać i słuchali go z uwielbieniem w oczach. Głównie starcy, stare kobiety i dzieci. Dzieci rzucały kwiaty w powietrze – one też nic nie rozumiały. Cieszyły się i krzyczały: – Narodził się nowy wóz!!! Papa! Tatusiu!!!

12.
Tłum zaczął falować jakby w ekstazie, a fanatycy walczyli o najlepsze miejsca. Chcieli być jak najbliżej mówcy. Lecz nagle, w tym zamieszaniu, kiedy wszyscy wsłuchiwali się w tekst przemówienia, ktoś rzucił jakimś przedmiotem w żebraka. Ochrona w czarnych kombinezonach szybko zakryła mówcę ciałem, a później doprowadziła do pancernego samochodu. Tłum, niesiony wściekłym, głośnym rykiem zaczął biec w kierunku młodego chłopca w niebieskiej koszuli, który zamiast uciekać, stał i w dodatku się uśmiechał, cicho szepcząc do siebie: Zrobiłem to, zrobiłem to, zrobiłem to…. W ciągu zaledwie kilkunastu sekund zamachowca zadeptano. Nikt nawet nie usiłował podnieść martwego ciała. Dzieci uciekły do wózków. Babcia nerwowo chowała cukierki do kieszeni, a uczestnicy egzekucji rozchodzili się i zakrywali twarze. Po chwili plac opustoszał. Został na nim jedynie wiszący na szubienicy skazaniec, a nieopodal, zabity, młody zamachowiec.

13.
Późnym wieczorem, jak zawsze o tej samej godzinie pojawiły się dźwięki syren ostrzegawczych, a kiedy ucichły, nastała przeraźliwa cisza. Ludzie przekręcali klucze w zamkach i gasili światła, siedząc lub leżąc w milczeniu w zaciemnionych mieszkaniach. W pewnej chwili, za oknami jednego z bloków, usłyszano głośny płacz małego dziecka, które nie zdążyło uciec z pokazowej manifestacji. I krzyki wartowników, którzy próbowali dziecko uciszyć. Ale ono płakało coraz głośniej, aż nagle, jeden z wartowników przykrył dziecko specjalnym, dźwiękoszczelnym kloszem, w którym zamyka się przestępców łamiących nakaz milczenia. Jego ojciec wyszedł przed dom, lecz wysiłki zmierzające do odzyskania dziecka spełzły na niczym. Kiedy wrócił do mieszkania, zapalił światło, otworzył okna i drzwi…

/Opowiadanie inspirowane stanem wojennym. Maszynopis oryginału znalazłem w teczce datowanej:1983-1984/