MIŁOSNE PODPOWIEDZI

Wychował się w domu otoczonym wielkim ogrodem i sadem. Pomiędzy domem a żywopłotem – rosły orzechowe drzewa, wiły się czereśniowe alejki, a każdej wiosny na wielu rabatkach rozkwitały kwiaty, wśród których królowały pelargonie i żonkile. Dorastał, mając w zasięgu ręki nie tylko smakowitości sadu i ogrodu, ale też w pobliżu – ogromny las, pełen grzybów i jagód, gdzie na ogromnej polanie znajdował się otoczony szuwarami szerokolistnych pałek staw, w którym każdego lata kąpał się z przyjaciółmi. Przyjaciół miał wielu i każdą wolną chwilę spędzał z nimi – nie tylko na pływaniu, ale też grając w piłkę, wędrując po górach, a w zimie – jeżdżąc na nartach i sankach. Przez całe dzieciństwo i czas dorastania, był szczęśliwym, uśmiechniętym chłopcem, który uśmiechem potrafił zarażać innych. Ale też zawsze była przy nim miłość najbliższych, którzy go wspierali i nie pozwalali, by szczęśliwe chwile odeszły.

Aż przyszedł ten dzień, kiedy dorósł i pierwszy raz się zakochał. Witał dni z jeszcze większym uśmiechem i z takim samym uśmiechem zasypiał. Potrafił tańczyć wśród przechodniów, nucić ulubione melodie w autobusie, a nawet kłaniać się nieznajomym. Miłość nie tylko, że zamieszkała w jego sercu, lecz otworzyła je również dla innych.

Jednak młodzieńcze, gorące uczucie często bywa krótkie. Gdy miłosna fascynacja przeobraża się w rozgoryczenie i niespełnienie, długo czujemy w sobie coś podobnego do ciężkiej choroby i trudno nam się od tego uwolnić. Z czasem, podobnie jak po przebytej chorobie – uodporniamy się na takie fascynacje. Lecz kiedy odporność słabnie – znowu jesteśmy bezbronni i ponownie kolejne zauroczenie unosi nas do nieba albo z tego nieba nas zrzuca.

Przeżył kilka miłosnych związków, ale nietrwałych, gwałtownych, jak często gwałtowny bywał jego charakter. Niepokornych – podobnych do niego. I chociaż związki się rozpadały – nigdy nie stracił uśmiechu, który bardzo szybko powracał, by go wzmocnić i uwolnić od gorzkich wspomnień.

Długo czekał na wybrankę, która nie odejdzie. Nie zostawi go, będzie tą najwspanialszą. A kiedy ją w końcu znalazł – z tej wielkiej do niej miłości… oszalał. Lecz nie szaleństwem złym, a szaleństwem takim, które czyni z ludzi zdobywców świata. Uśmiech towarzyszył mu tak często, że można było odnieść wrażenie, iż z tym uśmiechem się urodził. Tak bardzo kochał, aż się zapamiętał w tym uczuciu. Ale też uwierzył w jego nieograniczoną moc, że zawsze będzie – niezależnie od tego, czy i jak się postara to uczucie wspierać, pielęgnować.

Mijały miesiące, lata. Szaleństwo miłości zamieniało się w szaleństwo rzeczywistości. Z dnia na dzień, z roku za rok – dobre i szczęśliwe chwile pojawiały się coraz rzadziej i znikał uśmiech. Ale on, jakby tego nie widział. Albowiem wierzył, że to, co dostał, będzie już dożywotnie, wielkie, wspaniałe i niezniszczalne. Nie było. Powoli zapadało się w szczelinę życia rozerwanego na pół, jakby miłość dała za wygraną. I najgorsze, że nie był w stanie wytłumaczyć sobie dlaczego, przecież dalej… kochał.

Przestał już tańczyć na chodnikach – poruszał się wolno, sunąc nogami. Od dawna również nie śpiewał w autobusach i nie kłaniał się nieznajomym. Jego głowa najczęściej była opuszczona. Dotarło do niego – i docierało z każdym dniem coraz mocniej – że miłość jest podobna kwiatom, które by rosnąć, rozkwitać, potrzebują czegoś więcej niż tylko naszej obecności. Ale dotarło do niego również i to, że od tej wielkiej miłości bardziej można oszaleć nie wtedy, kiedy się ona pojawia, lecz wówczas – gdy czujemy, że ją tracimy.

Pewnego dnia udał się do lasu, by wśród drzew szukać zapomnienia. W pewnej chwili zobaczył przywiązanego do drzewa, starego psa. Gdy podszedł bliżej, osłabiony i wygłodzony pies spojrzał na niego, z trudem podnosząc łeb, a z jego oczu wyzierała ogromna  samotność  i przerażenie. Lecz w tych oczach było jeszcze coś – błaganie i jakby odrobina… nadziei. W pierwszym, spontanicznym odruchu najpierw pogłaskał zwierzę po szyi, a po chwili uklęknął przy nim i położył jego łeb na kolanach delikatnie rozwiązując skrępowane sznurem nogi. Później wziął go na ręce i zaniósł do domu.

Mijały tygodnie. Czworonożny przyjaciel zdrowiał i coraz częściej wychodzili na długie spacery. Na jednym z nich, mężczyzna spotkał miłość swojego życia. Usiedli na ławce, jakby dopiero co się poznali. Długo rozmawiali, pozwalając swoim psom na długie gonitwy po parku. Po kilku dniach spotkał ją ponownie. I ponownie się coś między nimi zaczęło…

Miłość nigdy nie odchodzi. Jest w nas zawsze, nawet wówczas, kiedy sądzimy, że ją utraciliśmy. Wtedy uśpiona brakiem uśmiechu, dobrych słów i empatii – czeka na ponowne przebudzenie. Niektórzy mówią, że potrafi zabrać wszystko, ale to nieprawda. Ona potrafi podarować nam wszystko. I siebie. Z każdej strony, w każdym miejscu świata można spotkać jej podpowiedzi. Codziennie wychodzi nam naprzeciw – wystarczy jedynie otworzyć serce.