W BIBLIOTECE

Oglądała obrazy w holu – wysoka, w białej, skromnej sukience i z długimi, czarnymi loczkami. Nie widziałem jej twarzy, bo stała do mnie tyłem i była zapatrzona w obrazy. Szedłem oddać „Dzienniki” Thomasa Manna i odebrać… właśnie. Tutaj zaczyna się ta krótka historia.
Odbierałem bowiem malutką książeczkę zawierającą poemat „Sztuka kochania” Owidiusza. A kiedy brałem książkę do ręki, weszła ta dziewczyna w sukience. Wtedy zobaczyłem jej twarz. Podeszła do recepcji i wzięła do rąk książkę, którą akurat jej dostarczono: Umberto Eco „Sztuka”. Nie wierzyłem. Patrzyłem to na nią, to na książkę, którą wypożyczyła, aż w pewnej chwili ona uśmiechnęła się i powiedziała:
– Wydaje mi się, że pana znam. Ale nie przypominam sobie skąd.
Odpowiedziałem:
– Nie wiem. Ale wiem, że ma pani oczach to, czego nie znalazłem nawet w najpiękniejszych lirykach …
Uśmiechnęła się znowu, jakby lekko speszona, mówiąc:
– Dziękuję.
I zniknęła za drzwiami.

 To była Afrodyta. Jestem tego pewien.