W OGRODZIE

Drzewa w moim ogrodzie urosły.  A jeszcze parę lat temu były inne, miały więcej energii. Teraz stoją wokół domu niczym żywe, zielone posągi. Czuję się przy nich, jak przed jakąś radą starszych. Emanują z siebie takie wrażenie celowo? Po to, żebym czuł respekt? Do czego to doszło – sadzisz je, gdy są malutkie, podlewasz,  przycinasz, a po dziesięciu-piętnastu latach one wyrastają na osiem czy dziesięć metrów i już nie pogadasz. Wydawałoby się, że powinny ci się kłaniać na powitanie i szumieć z odrobiną wdzięczności. Ale gdzie tam! Paniska!

I jeszcze w dodatku takie sprytne, że na wszelki wypadek dogadały się z ptakami, abyś im nie zrobił kiedy czegoś złego. Ptaki uwiły sobie na nich dziesiątki gniazd i nawet gdyby cię jedno z drugim drzewisko z równowagi wytrąciło, to i tak do jesieni żadnego drania nie wytniesz. No a jesienią, jak już mógłbyś poobcinać im gałęzie lub nawet potraktować ich pnie piłą, to albo ci do tego czasu złość przejdzie, albo cię ogarnie litość, że te mądralińskie drzewa zrzuciły liście i oto stoją przed tobą gołe i zawstydzone.