POPULIŚCI I KLAKIERZY

Z politycznej sceny płyną metafory, niczym z dramatów Williama Shakespeare’a oraz tekstów Franza Kafki i Tadeusza Różewicza. Wierna widownia nie ustaje w oklaskach. Za drzwiami tego teatru, w bezpiecznej (jeszcze) odległości, stoją ci, którym ta scena nie odpowiada. Oni  cytują coraz częściej wiersz „Do polityka” Czesława Miłosza lub fragmenty „Czekając na Godota” Samuela Becketta. W oddali coraz głośniej słychać – ograny już miliony razy – rechot historii.

Świat został wystawiony na kolejną próbę, a wraz z nim – populiści*, mający za nic najwspanialszy system, jakim jest liberalna demokracja. Bowiem oni już dawno uznali, że najlepszym dla nich systemem będzie ten, o którym już w latach 20. ub. wieku Jose Ortega y Gasset napisał, że jest systemem dla mas, zbudowanym w oparciu o rządy przedstawicieli tychże mas.

„Masowy” system rządzenia – podobnie jak inne – z czasem ewoluował i niczym kameleon dostosował się do takich, a nie innych warunków. Tym samym powstał dziwny twór, a bardziej potwór z trzema głowami – narodową, socjalistyczną i kapitalistyczną. Miejsce dawnej arystokracji, a później – wybitnych, politycznych autorytetów, zajęli nowi „arystokraci władzy”, zwykle przeciętni, a nader często – nieudacznicy.

By móc dzieło pod tytułem „rządy mas” uskutecznić, masy należało mieć po swojej stronie. Ci, którzy nie chcieli rządów populistów, zostali od razu uznani za wrogów. I to nie władzy, a Narodu. Dając kolejne negatywne rekomendacje jednej grupie społecznej – władza robiła równocześnie wszystko, by pozostała grupa była coraz wierniejszym klakierem, podatnym na wszelkiego rodzaju sceniczne manipulacje, zatracając przy tym tak wspaniałe cechy, jak choćby – tolerancja. By widownia była wierna, a oklaski gromkie – karmiono klakierów nie tylko ciągłymi wizjami i obietnicami, ale również sowitymi „benefitami” rozdawanymi na prawo i lewo.

Lecz – jak to w świecie bywa – co jakiś czas pojawia się wielki kataklizm, coś, co potrafi wywrócić do góry nogami każdą rzeczywistość. Wtedy się nagle okazuje, że wspomniany system nie jest wcale taki doskonały, błędy zaniechania oraz skutki kupowania widowni widać gołym okiem, a większość z tych, którzy grali pierwszoplanowe role, tak naprawdę nadaje się tylko na  statystów. Wtedy też, najczęściej budzą się z letargu klakierzy, bo oklaski nagle ranią im dłonie.

A naczelni populiści? Znikają. Zazwyczaj pozostają bezkarni, stają się jakby „rozmyci”. Niektórych porywa gdzieś w nieznane wiatr historii. Innym udaje się zapaść pod ziemię, gdzie czekają cierpliwie na dobry moment, by znowu… wykiełkować.

* Z uwagi na bardzo szeroką definicję populizmu i jego wiele nadinterpretacji, populizm o jakim wspominam w felietonie jest synonimem demagogii, schlebiania masom, odwoływania się do psychologii tłumu, żerowania na irracjonalnych nadziejach, budowania wpływu politycznego i jego masowej bazy na rozbudzaniu emocji, iluzji i roszczeń, obietnicach bez pokrycia itd.