ZWIĄZANA MIŁOŚĆ

Ludzie mówią, że kochają, lecz kiedy postępujemy nie tak, jakby oni tego oczekiwali, nie tak, jak oni sobie wyobrażają tę „miłość”; gdy nie chcemy się zmieniać – na siłę „dopasowywać” do oczekiwań partnerki lub partnera, wtedy… – no właśnie. Gdzie zatem jest ta miłość, o której jeszcze niedawno mówili? Co to była za miłość? Miłość wedle jakiejś nowej definicji?

Tak, to niejako nowa, a może stara jak świat definicja, jednak definicja czegoś, co trudno miłością nazwać. Dla pewnej liczby osób (oby nie dla większości) miłość to kontrakt, rywalizacja, współzawodnictwo. To związki, w których każdy gra określone role reżyserowane zbyt często przez drugą osobę. O ile taka sytuacja jest „do zniesienia” lub nie zwraca naszej uwagi, zwłaszcza gdy trwa wielka fascynacja i zauroczenie, przez wielu nazywane gorącą fazą miłości, o tyle później, po okresie tej fascynacji najczęściej widać już wyraźnie, jak silna była ta miłość i czy w ogóle nią była. Chyba dlatego tak zwane pierwsze kryzysy małżeńskie pojawiają się po około roku od daty zawarcia kontraktu – czyli ślubu, czytaj: zawiązania spółki z bezgraniczną odpowiedzialnością, a nie spółki z bezgraniczną i bezinteresowną miłością. A najwięcej rozwodów (obecnie) następuje po 2, 3 – 5 latach, kiedy się okazuje, że wspólnicy tej „spółki” mają wizje prowadzenia „firmy” tak dalece inne, że trzeba ogłosić jej upadłość.

Z czasem coraz bardziej do siebie przynależymy, łączą nas (a później dzielą) wspólne obowiązki wynikające z kontraktu, łączy odpowiedzialność za wychowanie dzieci; łączą nas (a później dzielą) wspólne rzeczy, które kochamy i dla gromadzenia których bardzo często poświeciliśmy cenny czas i energię, zamiast spożytkowywać ją na budowanie między nami  „aury” wzmacniającej miłość bez kolejnych i niepotrzebnych „zadań” czy też „wyzwań”. Bo najczęściej – zamiast poświęcać czas miłości, temu, co nas spełnia, szanować odrębność, wspierać się wzajemnie w tym, co lubimy, co nas uszczęśliwia (bo przecież znamy to uczucie i wiemy jak „smakuje”) – poświęcamy czas na gromadzenie jeszcze większej liczby zobowiązań i rzeczy. Naszych ukochanych rzeczy – jak dom, mieszkania, samochody, ubrania… I pieniędzy. Im ich więcej, tym lepiej, bo podobno będzie bezpieczniej. Z roku na rok jesteśmy tak zaabsorbowani zbieraniem rzeczy i dokładaniem kolejnych zobowiązań, że równolegle w polu widzenia zaczynają zmniejszać się dwa obszary: ten, w którym gromadzimy dobre wspomnienia i ten, w którym gromadzimy ukochane rzeczy. I jeśli na początku gromadzenie rzeczy jest frajdą, to później wcale już frajdą nie jest, a dodatkowo płacimy za te wyzwania chorobami tzw. cywilizacyjnymi, brakiem czasu dla siebie, dla domu, dla dzieci, czasu na to wszystko, co nas naprawdę uszczęśliwia – na miłość bez zobowiązań. I nagle się okazuje, że zamiast się kochać – my do siebie przynależymy. A nasze małżeństwa najczęściej utrwala i cementuje już nie miłość, a bardziej wspólne obowiązki, zobowiązania i rzeczy. Często również zaufanie, to, że  – jakby co – możemy jednak na siebie liczyć. Lecz… prawdziwa miłość nie zna czegoś takiego jak przynależność. Aby istniała miłość, nie musi istnieć ani zaistnieć kontrakt lub zobowiązanie. Ten, kto tego nie rozumie, nie powinien definiować słowa „miłość” i jak najrzadziej się na jej temat wypowiadać.

A my? Nazywamy miłością naszą „grę” na scenie, na której zbyt często musimy zakładać kolejne maski, by dopasowywać się do drugiej strony wbrew sobie i temu co naprawdę nas spełnia. Gromadzimy ogrom wyzwań i rzeczy, które w końcu zaczynają nas przytłaczać i wszystko to nazywamy związkiem z wielkiej miłości.

Ale czy wielką miłość można związać?