EMERYTALNA MRZONKA

Coraz częściej się mówi o niewydolności naszego systemu emerytalnego. Eksperci przewidują, że za 10 lat dostaniemy już tylko 50%, za 20 lat 40, a za 30 lat – być może jedynie 30% obecnego wynagrodzenia. Nie mówię o przedsiębiorcach – tzw. osobach fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, których składka ZUS i zdrowotna ustalana jest corocznie w stałej, miesięcznej kwocie, a parametrem do jej wyliczenia jest 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia. To m.in. z tego powodu przedsiębiorcy, którzy płacą tak zwany „zryczałtowany ZUS”, będą otrzymywać emerytury symboliczne. Jak to mówią – „na waciki” wystarczy. I to dlatego na swoje emerytury odkładają sami.

Jakiś czasu temu przeprowadziłem podczas pewnej sąsiedzkiej, imprezowej rozmowy dosyć żywy spór ze zwolennikiem „reformy” panów Rostowskiego i Tuska, którzy jako pierwsi rozpoczęli demontaż tak zwanego II filaru. Zamiast go „zreformować”, jeśli miał wady, po prostu wyjęli z niego połowę zgromadzonych tam pieniędzy, po to, by tym sposobem zniwelować o jakieś 130 mld (oficjalna wersja) tak zwany dług publiczny. Mojemu oponentowi tłumaczyłem, dlaczego i po co powstały OFE – że miały być sposobem na wyższe emerytury i równocześnie uzupełnieniem emerytury z ZUS. Każdy z pracujących miał sam odpowiadać za wysokość świadczenia z OFE, zgodnie z zasadą „ile uzbierasz, tyle na starość dostaniesz”. Nie będę się rozpisywał co do szczegółów – choćby kwestii dziedziczenia – gdyż większość czytelników dokładnie poznała plusy i ewentualne minusy zdemontowanego systemu.
Mój oponent natomiast twierdził, że najlepszym gwarantem wypłacalności emerytur jest Państwo, czyli państwowy ZUS. Oczywiście te „zabrane” oszczędności dopisano nam w rubryce widniejącej na dokumentach otrzymywanych z ZUS drogą pocztową. Lecz z tych dokumentów dowiadujemy głownie tego, jakiej wysokości będzie nasza „hipotetyczna” emerytura. A większość wie, że „hipotetyczny”, to znaczy jedynie „możliwy”, wie również i to, że „prawdziwe” pieniądze z OFE zostały zastąpione księgowymi zapisami w ZUS.

Bardzo, bardzo dawno temu, przed tym, zanim ekipa pana Donalda Tuska zaczęła demontaż II filaru, kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami i chodziłem do szkoły, mój Tata miał zwyczaj mówić „zobaczymy”. Lubił też używać zwrotu „możliwe, że tak będzie”. Nie wynikało to z tego, że był jakimś asekurantem lub też, że chciał mnie takimi odpowiedziami zwodzić. Po prostu, jeśli coś nie było dla niego pewne na sto procent, czegoś do końca nie wiedział, używał właśnie takich słów i zwrotów. Tyle że dramaturgia ówczesnych moich dylematów związanych z brakiem ostatecznej odpowiedzi nie miała nic wspólnego z dramaturgią obecnej retoryki, pojawiającej się w wypowiedziach polityków, ekspertów, a ostatnio nawet członków rządu. Między innymi również takich informacji, że „być może” otrzymam za 5 lat 1.200 złotych emerytury, a być może 1.000, a może jedynie 500…

Lecz co do jednego wszyscy wydają się być zgodni: najlepsze rozwiązanie, to pracować jak najdłużej. Najlepiej – do samej śmierci.