NARODZINY WIERSZA

Wiersz jest najwspanialszy wówczas, kiedy go piszę – szukam tych słów jedynych, które wszystko „opowiedzą”, zepną metaforę, wybrzmią puentą. Gdy wiersz się rodzi, jest malutki jak dziecko. Niekiedy boli, ale bólem specyficznym – jakby w głowie rozpętała się burza, a wiatr rozrzucał drobne kamyki i gałęzie. A jeśli nie boli, to sprawia, że czuję swoiste uniesienie – jakby ciało traciło ciężar.

Kiedy piszę wiersz – on cały czas żyje, zmienia się, przekłada słowo na słowo, nakłada zdanie na zdanie. Albo siedzi, patrzy i zadaje pytania: I co? Masz już coś dla mnie nowego?

Wiersz jest najważniejszy, kiedy go piszę, gdy jestem z nim sam na sam lub w towarzystwie muzyki. Czasami towarzyszy nam lampka wina, która ożywa w dłoni, gdy cisza twórczej niemocy tli się zbyt długo. Lecz kiedy się pojawia muzy choćby dotknięcie – mam wypieki na twarzy i pióro nie nadąża za słowami. Wtedy nic się nie liczy poza wierszem, a czas się zatrzymuje.

Wiersz najwspanialszy jest wtedy, kiedy go piszę. Opublikowany smakuje inaczej. Jest już dorosły, taki poukładany. Trochę jak znaczek w klaserze. Trochę jak eksponat. Nawet jeśli mnie dalej wzrusza, to przecież jest już zamknięty ramką, datą i podpisany…