JAK MOTYLE

Waldemar Łysiak w jednej z książek napisał: „Szerszeń przeczy wszelkim zasadom aerodynamiki, gdyż ze względu na proporcje ciała i skrzydeł w ogóle nie powinien latać. A jednak lata.” I wielu z nas „lata”, choć – bacząc na kolejne rany i blizny będące efektem nierównej walki ze „złym światem” – nie powinno nawet machać skrzydłami.

Żeby coś, co wydaje się niemożliwe, stało się możliwe, musimy temu „czemuś” pomóc. Jeśli się poddamy, nigdy nie będziemy mieli szansy wzlecieć. Jednak wbrew oporowi, jaki się w nas zdarza – często depresji czy innym cywilizacyjnym „kataklizmom”, jakie dotykają coraz więcej osób – zamiast bolące rany wyleczyć, przyjmujemy kolejne wyzwania i nowe „życiowe tematy”. I w ramach tej strategii całymi dniami myślimy tylko o pracy; zajmujemy się pracą od rana do wieczora, traktując ją jako maskownicę problemów natury osobistej, aby nie pozwolić dojść do głosu temu „złemu”, który unieruchamia nasze – i tak już malutkie — skrzydła.

Mówią, że czas leczy rany. Na to liczymy. Wierzymy, że jeśli uda się nam podołać nowym zawodowym wyzwaniom i uwolnić od natręctwa myśli; jeśli uda się nam uwolnić od psychicznej niemocy, wtedy – być może – z szerszeni przemienimy się w motyle z ogromnymi skrzydłami. I polecimy. Gdziekolwiek – ważne, żeby było „lekko”. Może na imprezę do znajomych, w ukochane góry czy nad lazurowe wybrzeże.

A może nawet do samego Nieba.