NASZ ŚWIAT

Człowiek podobny jest burzy, porom roku, kruchej gałęzi, ptakom szybującym nad miastem, gąsienicy drążącej tunel, szczekającemu psu, przytulanemu kotu, kurze wysiadującej jajko, potokowi górskiemu przeciskającemu się pomiędzy kamieniami, zapachowi trawy po deszczu i deszczówce, która dudni schowana w tunelu rynny, a kiedy z niej wypływa – przenika do ziemi, żeby trawy pachniały jeszcze mocniej… Człowiek podobny jest milionom rzeczy, zjawisk i form, często nie nazwanych, często wymyślanych… Jeden człowiek – a co dopiero tłum, a co dopiero cała ludzkość, która we wszystkich tych formach potrafi się objawić, dać znak, że istnieje nie tyko po to by żyć i powtarzać jedynie, że „z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy”, ale by dać świadectwo istnieniu dobra – a nie zła, aniołów – nie diabłów, i prawdzie – tej wspaniałej, wspólnej dla wszystkich; temu, że w tym wielkim świecie nie jesteśmy jedynie drobinkami, a mieszkańcami wspaniałego krwiobiegu, ogromnego serca, które utrzymuje przy życiu miliardy serc bijąc przecież tym samy rytmem dla każdego…

Jak szczęśliwi muszą być ci, którzy w tym wspaniałym świecie mają obok siebie kogoś ukochanego. Żeby spokojnie oddychać na widok tej osoby, być puchem unoszonym przez lekki wiatr, a nie szarpanym przez huragan. By w trudnych chwilach, ukochana, druga osoba była najlepszym lekarstwem na całe zło. Lecz kiedy tej drugiej osoby nie ma lub nawet jeśli jest, ale nie ma miłości, wtedy często nawet najsilniejsze z możliwych lekarstw, mogą nas stawiać na nogi długo i nie do końca skutecznie. Bo bez miłości, bratniej duszy i dobrych słów od ukochanej osoby, bez wiary w Boga – którego dowodem istnienia jest dla nas miedzy innymi to, że przydziela nam wyjątkowo bystrych i odpowiedzialnych Aniołów – jesteśmy zaledwie pniem drzewa bez gałęzi… Niby jesteśmy, a tak jakby nas nie było…

W tym wspaniałym świecie nie powinniśmy bliskich, przyjaciół i znajomych karmić naszymi problemami, złymi słowami, tym, co nas, ale również ich pochyla do ziemi. Musimy sprawiać, by byli niczym codziennie kwitnące kwiaty, które należy podlewać i pielęgnować; niczym motyle spijające z kwiatów smakowity nektar; niczym ptaki, kiedy radosnym śpiewem witają dzień i niczym lekki, letni wiatr zbierający z lawendowych pól wspaniały, słodki zapach, by chwilę później podawać go zakochanym do ust…

Przecież – tak naprawdę – chcemy, marzymy o tym, śnimy, żeby nasz świat nie był smutnym, czarno-białym filmem, tak często przeobrażającym się w serial, nie był jakąś specyficzną komorą z trującym gazem, ale stał się filmem kolorowym, uroczym, który wzrusza i podnosi nas do życia. Przecież chcemy być jak ptak, co podrywa się do lotu… Przestać się zadręczać kolejnymi wyzwaniami i myśleniem o ciągłym wzmacnianiu skrzydeł, a w końcu uwierzyć, że one są wystarczająco mocne. Zrozumieć, że słowami też można ranić innych, a przecież tak łatwo zamienić je na takie, które będą ich budować, zmuszać do refleksji, będą drogowskazem…

Bo jeśli nie słyszymy własnych słów, metafor, którymi zamiast budować – burzymy, to czy jesteśmy uczciwi wobec siebie i innych? Jeśli nie słuchamy siebie, wszystkich podpowiedzi, ukrytych pragnień; nie pozwalamy uwolnić się marzeniom, to jaki sens ma każdy kolejny dzień, całe nasze życie?

Bo przecież, jeśli z tych naszych gniazd jednak wyskoczymy – prowadzeni determinacją zmiany; odważymy się na ten przełomowy akt jeszcze dzisiaj, a może już jutro – to chcielibyśmy, żeby był to lot w górę, tam gdzie siebie i innych trzeba prowadzić,  a nie w dół, zbyt szybko, nagle, bez tchu…