TWÓRCZA SAMOTNOŚĆ

Jestem samotnikiem – takim wewnętrznym. Najwięcej czasu spędzam w moim prywatnym świecie, oddzielony od zewnętrznego niewidzialnym murem. Czasami moim światem jest wieża z kości słoniowej, innym razem łódź pośrodku wzburzonego jeziora, a jeszcze innym polana w ogromnym lesie. Bywa, że jest nim szczyt góry.

Mój świat opowiadam wierszami, prozą, a często – słowem mówionym. Kiedy mówię o moim świecie, lekko przymykam oczy, bo wiem, że wyobraźnia nie lubi, kiedy są otwarte. A całkiem zamykać nie mogę, bo wówczas byłbym mało wiarygodny. Dlatego jedynie przymykam.

Coraz częściej dociera do mnie, że inni ludzie nie są mi tak bardzo potrzebni do spełnienia, ale potrzebni mi są bardzo do życia. Jak tlen. Bez nich nie dałbym rady, nie miałbym o czym pisać, dla kogo pisać i nie miałbym siły pisać. Uschnąłbym niczym drzewo, któremu odcięto dostęp do wody.

Tak naprawdę – spełnia mnie twórcza samotność. I nie ważne, czy podczas pisania mam łzy w oczach i wzruszam się niczym bohater melodramatu, czy też uśmiecham się i jestem radosny, kiedy muza głosem czytelników, powie: OK.! OK.! Znakomite! Nie ważne, że często mówię sam do siebie, że zapominam jaka jest pora dnia, czy jadłem kolację, lub zażyłem lekarstwa… Nic wtedy nie jest ważne. Bo kiedy się spełniam, jestem w tym na sto procent. Jak w transie. Jak w erotycznym uniesieniu z tą jedyną, ukochaną.

Później, jeszcze długo noszę w sobie efekt takiego uniesienia. Bo twórcze spełnienie ma przedłużone działanie. A być może, działać będzie również po mojej śmierci.