I ZNOWU… SANDOR MARAI

Po ponad rocznej przerwie – wróciłem do czytania Dzienników Sandora Maraiego. Czytanie tych Dzienników staje się jak nałóg. Na nowo odkrywam prawdy, jakie tam poupychał. To kopalnia wiedzy, wspaniałych myśli, PONADCZASOWYCH prawd, obserwacji – no i język, jakim się posługuje – „krystalicznie czysty”, prosty, logiczny, metaforyczny – taka nieustająca degustacja wspaniałego deseru. Przy okazji – brawa dla Teresy Worowskiej za wybór, przekład i opracowanie!

Sandor Marai – obok innych, wielkich pisarzy – często odwołuje się do tradycji i myśli antycznej, pisząc, że bez kultury i myśli antycznej nie mogłaby istnieć wartościowa literatura. Często też cytuje Marka Aureliusza, powołując się m.in. na jego „Rozmyślania”, będące znakomitym traktatem moralnym. To właśnie Marai jest uważany za  jednego z propagatorów ponadczasowych wartości. W każdym z trzech wydanych do tej pory tomów „Dzienników”, co rusz ma „dylematy” dotyczące upadku wartości (moralnych) oraz zagrożeń, wynikających z wszechobecnej głupoty, krótkowzroczności, ale i konformizmu.

Pamiętam, że zaraz po I tomie jego „Dzienników”, czytałem po raz chyba trzeci znakomity „Bunt Mas” Jose Ortegi y Gasseta, i wiele rzeczy, o jakich pisze w tym eseju Jose Ortega y Gasset (a napisał go dosyć dawno, bo w 1929 r.) znalazłem również u Maraiego. Tylko że u Maraiego te prawdy były podane już na złotej tacy, każde słowo, każde zdanie – zapakowane w sreberko, a niektóre zdania miały dodane diamenciki. Po rozpakowaniu – rozpływały się w… oczach. I w myślach. Taki jest właśnie Sandor Marai!

Dla zobrazowania tego, o czym piszę –  kilka „Dziennikowych” cytatów: „Nie wystarczy dodać życiu lat. Tym latom trzeba dodać jeszcze życia”; „W społeczeństwie, w którym na pierwszym miejscu stoi zasada użyteczności, obumiera poczucie odpowiedzialności moralnej”; „Człowiek głuchnie w tym życiu nie tylko od hałasu świata, lecz także od nieustannego krzyku, jaki dobywa się z jego własnej osobowości, na zewnątrz i do wewnątrz”; „Nie wiadomo, czy Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo. Ale kiedy człowiek na własne podobieństwo tworzy Boga, widok jest naprawdę żałosny”.

Ten znakomity pisarz, wielokrotnie powtarzał, że literatura ma być SZTUKĄ,  ale nie sztuką użytkową dla mas. Dla mas można wydawać „popularne książki”, o których mówi, że to zadrukowany – często nawet zgrabnie poukładanymi w zdania słowami – papier. Zresztą – w swoich „Dziennikach”, wiele razy pisze o wydawcach, że są głównie sprzedawcami papieru w formie książki, a prawdziwej, wartościowej literatury (poza oczywiście wydawcami-wyjątkami) się boją, nie rozumieją jej, nie potrafią jej czytać. Podobnie, jak nie potrafi (nie chce – bo nie rozumie, bo „za trudna”) ambitnej literatury czytać ogromna rzesza „czytelników”, wybierając do czytania coraz to nowsze „dzieła” z certyfikatem „BESTSELLER”, który to certyfikat został przyznany najczęściej nie za jakość, lecz za liczbę sprzedanych egzemplarzy i oryginalne, zaskakujące w danej książce zakończenie. Można by rzecz – również oryginalne i zaskakujące zakończenie Wielkiej Literatury.