RECEPTY NA ZŁUDZENIA

Jeśli ktoś prowadzi prywatną firmę, to pieniądze otrzymuje za tak zwany skutek określonego działania. Może to być namacalny produkt, jak np. wypieczony bochenek chleba, ale też coś, czego nie da się dotknąć, bo jest towarem słownym, jak np. porada prawna, która pomaga rozwiązać jakiś problem. Kupując w piekarni chleb, po prostu za niego płacimy. Jemy go później w domu sami lub z rodziną. Porada prawna chroni nas, na przykład przed oszustem. I jedno i drugie jest wymiernym przykładem czegoś, za co zapłaciliśmy siedem i np. dwieście złotych, a równocześnie osiągnęliśmy konkretną korzyść, gdyż wzmocniliśmy się zaspokajając głód i  uchroniliśmy nasz majątek.

A prywatnie leczący lekarz? Cóż… – czasami się zdarza, że pobiera pieniądze tylko za wizytę, która nie gwarantuje pozytywnego skutku. Czy sprzedawca w piekarni pobiera pieniądze za wizyty klientów, którzy sobie wejdą i tylko chleb pooglądają, powąchają, a nawet spytają, czy to na zakwasie, lub też innym kwasie? Czy pracownik warsztatu pobiera wynagrodzenie za to, że obejrzy sobie nasz reflektor samochodowy i powie: Trzeba wymienić żarówkę – a później da nam adres, gdzie sobie taką żarówkę możemy kupić? Byłbym bardzo bogaty, gdybym pobierał pieniądze tylko za wizyty moich klientów, lub moje wizyty u nich, podczas których często doradzam lub dzielę się z nimi swoim biznesowym i życiowym doświadczeniem. Jednak, żeby zarobić muszę coś wykonać do końca. Umówić się, ustalić cenę, zrobić wstępne szkice, a później stworzyć konkretny, wymierny produkt akceptowany przez tego, który go u mnie zamówił. A mój klient musi mieć z tego korzyść. Również wymierną. Dodatkowo podlegam przepisom z tytułu rękojmi i gwarancji.

Niestety – zdarza się, że niektórzy lekarze pobierają wynagrodzenie tylko za to, że po prostu są. Często wygląda to tak.Poczekalnia. Około 5 osób. Tak zwana kolejka do specjalisty. W końcu wchodzę.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry. Słucham pana, co panu dolega?
Widzę, że specjalista jest zmęczony i nawet jak na mnie spojrzał, to tak, jak na coś niepotrzebnego, coś, co lepiej żeby sobie tak szybo wyszło, jak szybko weszło.
– Panie doktorze, boli mnie tutaj – pokazuję. – Taki tępy ból, trwa to już trzy miesiące. Najczęściej rano, po tym jak podnoszę się … – I kiedy właśnie zmierzam do sedna problemu, lekarz przerywa.
– Wie pan. Wygląda na to, że przyczyną bólu mogą być zmiany zwyrodnieniowe.
– Wygląda, czy na pewno? – Pytam
– Wie pan, trudna sprawa. Teraz wielu ludzi coś boli. Mnie też czasami boli. No i co? Mam cały czas o tym myśleć? Przecież wtedy można wpaść w depresję.
W tym momencie zauważam, że lekarz rzeczywiście może mieć depresję. Zasępiona twarz, typowy grymas niechęci i znudzenia, mętny wzrok.
– No właśnie – podchwytuję widząc dla siebie szansę w nawiązaniu bliższej relacji. – Ten przewlekły ból powoduje, że w nocy nie sypiam więcej niż dwie, trzy godziny. Budzę się z bólu wczesnym rankiem nieprzytomny z niewyspania. Jestem już tym zmęczony i rzeczywiście boję się, że wpadam w jakąś depresję.
– Bo wie pan – na to lekarz – wielu ludziom, to problem siedzi w głowie i chorobę sobie wymyślają. Zapiszę panu leki antydepresyjne. To pomaga. Proszę też przez dwa tygodnie brać te tabletki przeciwbólowe. I przyjść później do mnie powiedzieć jak się pan po tych tabletkach czuje.
– Ale takie tabletki panie doktorze, to mi szkodzą na żołądek.
– To zapiszę panu jeszcze inne tabletki, które będą chronić żołądek.
– Dziękuję bardzo – odpowiadam. – Ile płacę?
– Sto złotych.
– Do widzenia.
– Do widzenia.

W taki sposób, po straconym czasie związanym z dowiezieniem mojego obolałego ciała do gabinetu, po odstaniu ponad godziny w kolejce (czasami umawiając się na  godzinę, umawiamy się również na godzinę… czekania), po dziesięciu minutach wizyty i straconej „stówie”, straciłem również nadzieję, że kolejny lekarz specjalista rozwiąże mój problem zdrowotny. Diagnoza typu: „Panu to siedzi w głowie” jest według mnie obecnie tak samo nadużywana przez wielu lekarzy, jak zapisywanie antybiotyków na przeziębienie. W trakcie badania, lekarz był bardziej zmęczony ode mnie. Ale to w jakimś sensie zrozumiałe. Szpital, dodatkowe dyżury, prywatna klinika i jeszcze ten prywatny gabinet… Przecież, to może człowieka wykończyć.

Tylko, że ja też ciężko pracuję na tak zwany „lepszy chleb”. Pracuję w zasadzie cały dzień, bo nawet jak wychodzę z firmy, dalej pracuje moja „firmowa” głowa. W domu mam drugie biuro. Często nie mam wolnych sobót i niedziel, nie mówiąc już o urlopie, za który sam sobie muszę zapłacić. Płacę podatki, wysokie firmowe koszty, na bieżąco opanowuję w większości niedoskonałe przepisy prawa podatkowego, które moja władza wciela w życie, z roku na rok w coraz większych ilościach. Uczę się nowych technologii, studiuję fachowe pisma, a co jakiś czas uczestniczę w szkoleniach i treningach mających pomóc mi w sztuce komunikacji, negocjacji oraz marketingu.

Dlatego mam pomysł. A bardziej – apel do wspaniałych i znakomitych lekarzy, których  również osobiście poznałem i bardzo doceniam ich wiedzę, kompetencje i – w wielu przypadkach – holistyczne podejście do zdrowotnych problemów: Pogadajcie ze swoimi kolegami, którzy w dziesięć minut, za sto lub dwieście złotych, wystawiają recepty na złudzenia. I powiedzcie im, że na kompetencje, reputację i dobrą opinię też są recepty. I dajcie im recepty na takie recepty.