RECEPTY PSYCHOTERAPEUTÓW

Jakiś czas temu przeczytałem tekst Berta Hellingera, niemieckiego psychoterapeuty (twórcy m. in. metody ustawień rodzinnych) dotyczący szanowania siebie w związku rodzinnym oraz metod rozwiązywania problemów w takich związkach. Na pierwszy rzut oka jego wnioski wydawały się słuszne, chociaż… No właśnie. Mógłbym przyjąć, co napisał Hellinger i iść dalej z tą jego myślą. Jednak po przeczytaniu tekstu po raz kolejny dotarło do mnie, że nie ma – wspólnej dla wszystkich – recepty na idealny związek mężczyzny i kobiety, i nie ma również uniwersalnych recept na ratowanie związków (nawet przed ich rozpadem) szczególnie kiedy mają one „piękną historię” i budowane są przez wiele lat na doskonałych relacjach.

Związek dwojga osób, to proces złożony. Bo obok miłości i przywiązania, równolegle „dzieje się” tak zwana proza życia.  I – podobnie jak w prowadzeniu firmy przy budowaniu nowej strategii lub analizowaniu czegoś, co np. nie działa tak jak powinno – przed każdą ważną dla związku „zmianą” najlepiej zrobić coś na wzór analizy zwanej fachowo SWOT i na spokojnie rozpisać mocne-słabe strony (np. osobowości) oraz szanse-zagrożenia wynikające z takiej operacji (co zyskamy, a co stracimy), a w dodatku  próbować wyobrazić sobie konsekwencje tych zmian, np. za rok lub dwa…. Po co? Po to, aby znaleźć odpowiedź na wiele pytań i uniknąć późniejszych – często sporych – perturbacji.

O ile tekst Hellingera jest dla mnie jasny, przesłanie również, już sama recepta wydaje się jednak zbyt „uniwersalna” i bardziej ubrana w górnolotne słowa niż w „słowa- klucze”. Recepty uniwersalne nie istnieją. A źle dobrane leki lub zła terapia – mogą bardziej zaszkodzić, niż pomóc.

Istniejąc wśród ponad 7,6 miliarda ludzi na Ziemi, jesteśmy czymś więcej niż tylko słowami w psychoterapeutycznej recepcie. I chociaż sam czasami lubię swoim pisaniem wchodzić w buty psychoterapeuty, raczej się staram zadawać pytania, niż na nie odpowiadać; prowokować refleksje, ukrywać – zarówno w poezji, jak w prozie – znaki i kody do odczytania, nawet jeśli problem tak trudny jak ten zdarzy mi się opisać.

Wiem, że wielu ludziom psychoterapeuci są potrzebni i wielu osobom rzeczywiście pomagają. Wiem też, że publikowane w  Internecie, w coraz większej liczbie, korespondencyjne i wirtualne porady oraz recepty „na szczęśliwe życie”, nie dla wszystkich mogą okazać się dobre. Bo tak naprawdę skąd psychoterapeuci po „drugiej stronie ekranu” mają wiedzieć, co dla nas jest dobre, a co złe? Kiedy nie widzieli naszych łez w oczach, nie słyszeli naszej spowiedzi, nie widzieli, przy jakich słowach drżą nam ręce… Właśnie. Dlatego wielu z nich usiłuje załatwić temat „hurtowo” – swoistym, uniwersalnym językiem. Stosując sprawdzone techniki doboru słów, wspierane często sporą wiedzą psychologiczną czy socjotechniką. A ludzie tego słuchają lub to czytają i… dają lajka, serduszko. Bo „ładnie brzmi” lub „ładnie się czyta”. Próbują to zastosować i… chwilę później okazuje się, że w ich przypadku ta uniwersalna recepta po prostu nie działa.

Sami musimy próbować znaleźć źródło problemu. Tylko my tak naprawdę wiemy, co nas spełnia i nawet jeśli się godzimy na kompromisy lub w wyniku determinacji podejmujemy tzw. życiowe decyzje, to przecież tylko my znamy – lub możemy poznać – powód, który sprawił, że powstał nasz problem. Powód, który ktoś po drugiej stronie ekranu czy sali wykładowej przedstawia nam jako „uniwersalny”, najczęściej jest niczym pestka w moreli lub śliwce. Wiemy, że jest tam w środku. Jedząc słodki owoc, uważamy, aby nie połamać sobie zębów. Na koniec wyrzucamy powód, a słodki smak zostaje w ustach. Proste? No właśnie – chyba za proste… Podobnie jak z tysiącami cudownych, ponoć naturalnych suplementów, które mogą nas „uzdrowić”, ale w efekcie ważniejszy okazuje się zysk nosicieli tych informacji i dostarczycieli tych wspaniałych produktów niż uzdrawiający ich efekt.

Dlatego sami powinniśmy sobie stawiać pytania i szukać najlepszych na nie odpowiedzi. Jeśli tego nie potrafimy – odwiedźmy dobrego psychoterapeutę, który takie pytania nam postawi. A jeśli dzięki dobrym odpowiedziom dotrzemy w końcu do źródła problemu, dotrzemy również do źródła odpowiedzi. Dopiero tam będziemy mogli zobaczyć – w jego odbiciu – te gwiazdy, o których poznaniu marzyliśmy, a które wydawały się niedostępne. Weźmiemy łyk tej źródlanej wody poznania i być może – kto wie – zamienimy się w jedną z tych gwiazd. I będziemy świecić tak mocno, że przy okazji wskażemy innym drogę do źródła.