MANEWRY

Gdy słońce wisiało już nisko pod chmurami umalowanymi w pasy granatu, miedzi i purpury, a las zamienił się w długą, ciemną balustradę, dwa gawrony zaczęły pikować nad polem niczym myśliwce.

W pobliżu, na drutach wysokiego napięcia siedział dywizjon gołębi w stalowych mundurach. Siedziały, przyczajone, w napięciu równie wysokim – jeden obok drugiego – bez ruchu. Gawrony były coraz niżej i kiedy wylądowały – z pobliskiego pola pokrytego kikutami ściętej kukurydzy poderwała się ukryta tam eskadra ich czarnych braci. Dwójka zwiadowców szybko dołączyła do swoich pobratymców i już razem, z wielkim wrzaskiem, przeleciały prowokująco nad gołębiami, jakby chcąc zademonstrować im nie tylko siłę, lecz także charakter najwyższego bojowego ducha. Nagle, zamiast wykonać kolejny lot, by ostatecznie udowodnić,  czyja eskadra rządzi na polach, czymś wystraszone, szerokim łukiem odleciały w kierunku lasu.

Długą chwilę później, w wieczornej ciszy przerywanej jedynie chwilowymi podmuchami wiatru, z obwisłych drutów – jeden po drugim – podrywały się gołębie i odlatywały w kierunku wioski.

Jeszcze tylko kilka wróbli siedzących w ukryciu na gałęziach krzaków przy rowie, bacznie obserwujących, co się działo, uzgadniało wiadomości do rozlatania. Jutro, wczesnym świtem, na drzewach i okolicznych dachach, wszystkie ptaki będą śpiewać, ćwierkać i plotkować o tym, jak dwa wielkie kocury sołtysa – znanego we wsi hodowcy gołębi – w trakcie polowania na polne myszy utarły dzioby zarozumiałym gawronom i uratowały swoim przyjaciołom z podwórka kolejny romantyczny wieczór na przepustce.