NIEKOŃCZĄCY SIĘ REJS

Żaglowy statek dryfuje. Nie ma sztormu ani wysokiej fali; panuje sztil. Niesie go łagodny prąd, więc dryfuje po spokojnej tafli morza. W zasięgu zaledwie kilku mil znajduje się archipelag bajecznych wysp. Pełnych dobra, otwartych na nowych przybyszów. Wystarczy podpłynąć. Ale statek… dryfuje. Kapitan jest już zmęczony. Myśli o odpoczynku. Swoje cele już zdobył. Teraz jego celem jest spokojne życie. Dodatkowo – brak mu właściwego wsparcia, bo załoga nie ma wystarczającej motywacji i zadowala się zapasami zgromadzonymi na statku, bojąc się zmian, ale też diagnozy, która obnaży ich słabe strony. Niektórzy z członków załogi jeszcze rozpaczliwie próbują ustawić statek na kursie, używając prowizorycznie skleconych wioseł. Ale ich działania jedynie przedłużają coś, co wydaje sie nieuchronne. Jednak również oni mają coraz mniej wsparcia i coraz mniej entuzjazmu – w zamian za coraz większe w stosunku do nich wymagania. Zniechęca ich to, że pozostała załoga od dawna żyje kosztem ich ciężkiej pracy. Boli ich, że coś, co budowali, czemu oddali tyle serca, ktoś inny niweczy, psuje, zabiera… A oni nie mają już na tyle sił, aby ten stan rzeczy zmienić. A nawet, gdyby z jakichś powodów te siły zyskali – wiedzą, że w efekcie i tak nie będą mieli dużego wpływu na kurs statku…

Wielu z nas żegluje podobnym statkiem. I ma obok siebie  taką, a nie inną załogę. A bajeczne wyspy częściej wyobrażamy, opisujemy, niż do nich dopływamy.