KTO DAJE I NIE ZABIERA…

Współczuję opozycji, która być może wygra jesienne wybory i stworzy koalicyjny rząd. Współczuję, tym bardziej, jeżeli do tego czasu – pewnie ekspresowymi, nocnymi ustawami – podarowane zostaną kolejne polityczne łapówki, które po zsumowaniu już rozdanych w tej kadencji i dodaniu do tego ogromnych kosztów związanych z podarowanymi kiedyś przez inne „ekipy” przywilejami (chociażby emerytalnymi) dadzą – w sumie – ogromne zobowiązania do dziedziczenia. Dlaczego współczuję? Bo kolejna kadencja, wedle wszelkich znaków na Niebie i Ziemi, to będą rządy w kryzysie gospodarki światowej.

Kryzys – dla niewtajemniczonych – to coś takiego, bez czego trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie gospodarki (cykle koniunkturalne); coś, co pojawia się w wyniku przegrzania koniunktury, zawirowań na rynkach finansowych, wprowadzania na rynek tzw. toksycznych, finansowych produktów, które niczym zarazy pojawiają się od czasu do czasu; zagrożeń wojną lub globalnym terroryzmem, oraz z wielu innych powodów, a jego „wizyta” trwa o wiele dłużej niż popularnego, kryzysowego symbolu – nielubianej i toksycznej teściowej, bo średnio dwa-trzy lata. W dodatku przed kryzysem najczęściej pojawia się tak zwane spowolnienie.

I teraz uruchamiamy wyobraźnię: przychodzi kryzys (recesja), zamówienia w firmach spadają, firmy ograniczają produkcję, co powoduje automatycznie problemy u ich podwykonawców i kooperantów. Mniejsze i słabsze – upadają, silniejsze – konsumują zapasy. I jedne, i drugie redukują zatrudnienie, zwalniają pracowników, a sami zwolnieni cierpią na brak alternatywy (trudności w znalezieniu nowej pracy). Nie mają też z czego płacić zaciągniętych kredytów na kupione domy i mieszkania oraz samochody. „Siada” budownictwo – a wiemy, że jest ono kołem zamachowym gospodarki, „siada” handel i wiele innych sektorów. Do budżetu wpływa coraz mniej pieniędzy (z tytułu np. wpłat do ZUS, podatków oraz akcyzy). Co dalej? Mniejszy lub większy gospodarczo-społeczny chaos. „Siadają” inwestycje. Nowo pobudowane (fabryki, hotele, osiedla mieszkaniowe, biurowce, itp.) stają się powoli balastem, a nie powodem do dumy i dostarczycielem nowych środków finansowych. Przeżywamy kolejną falę emigracji. Ale polityczne darowizny nie emigrują. One zostają. Koszty „sztywne” + nabyte benefity. Ile miliardów? DUŻO MILIARDÓW. BARDZO, BARDZO DUŻO!!! Benefity samych tylko grup zawodowych (bez programów 500+, oraz innych), to ponad 50 miliardów, co roku zabieranych z budżetu, do których to prezentów każdy z nas (pracujący), dopłaca rocznie ponad 3 tys. zł.

Mamy teraz dobrą koniunkturę. Jednak zamiast nadwyżki „inwestować” w Państwo – z podatków wszystkich płacących podatki rozdawane są pieniądze wybranym grupom społecznym. Podatki należy obniżać, upraszczać i tworzyć przyjazny klimat do inwestowania, bo wówczas będziemy mieli automatycznie (BINGO!) więcej pieniędzy w portfelu. Tym samym na swoje benefity sami zarobimy.

Dzielone są kolejne przywileje, „rozdawane” z podatków wszystkich obywateli, żeby kupować kolejne głosy wyborców, zamiast tworzyć i wdrażać pomysły, w efekcie których każdy mógłby sam sobie – dzięki własnej pracy – takie przywileje wypracować. A Państwo mogłoby równocześnie tworzyć zapasy, po to, by z wypracowanych zapasów świadczyć chociażby „usługi socjalne” i dawać tym, którzy wsparcia naprawdę potrzebują. Ale też po to, żeby z takich zapasów finansować i w końcu uzdrowić np. służbę zdrowia, naukę i oświatę, czy wojsko.

Dlatego… współczuję opozycji, która być może wybory wygra. Bo w razie czego, nie da się tak po prostu tych wszystkich przywilejów i prezentów zabrać. Dobrze wiemy, że kto daje i zabiera…

Współczuję również tym, którzy na opozycję zagłosują. I tym, którzy zagłosują za obecnie rządzącą ekipą. I tym, którzy od wielu, wielu lat, obserwując jak rozdawane są kosztowne prezenty i przywileje wybranym przedstawicielom ludu pracującego i niepracującego miast i wsi – wg sprawdzonej metody odruchów warunkowych Pawłowa – skutecznie i systematycznie są ogłupiani. Współczuję tym, obdarzonym wyobraźnią i elementarną wiedzą ekonomiczną, którzy coraz mocniej przecierają oczy ze zdumienia. Czyli… też sobie. Współczuję – w zasadzie wszystkim. Bo na jednym wozie jedziemy. I jak koń zdechnie, a wóz straci koła, to zamiast gospodarstwa zostanie nam rozwalona stodoła.

Uwielbiamy dostawać prezenty. Tylko że Państwem nie zarządza się jak domem, w którym non stop trwa świąteczny nastrój, prezenty otrzymują przez cały rok jedynie wybrani, a składa się na nie przecież cała rodzina, zaś w dodatku, przez okna domu otwarte na świat słychać coraz częściej kłótnie i pretensje… niestety – podobnie jak wyborcze łapówki i przywileje – coraz częściej również dziedziczone.