ANNA ŚWIRSZCZYŃSKA

Z rekomendacji Czesława Miłosza – od ponad roku – odkrywam poezję Anny Świrszczyńskiej. Jestem dużo starszy niż wtedy, kiedy w latach osiemdziesiątych po raz pierwszy zetknąłem się z jej twórczością. I pomimo że bardzo dużo w tamtych latach pisałem oraz czytałem, żyłem chyba zbyt szybko, by czytać jeszcze więcej niż wówczas – również tak dobrych wierszy. A kiedy na chwilę „zwalniałem”, to po prostu… pisałem.

Dzisiaj odkrywam na nowo jej wspaniałe metafory. Teraz żyję dużo wolniej i chyba jestem trochę mądrzejszy, co w czytaniu poezji pomaga. A może po prostu – na nowo ją odkryłem? Bo przecież inaczej czyta się wiersze w wieku dwudziestu kilku lat, a inaczej w wieku prawie sześćdziesięciu.

Chociaż polecenie Czesława Miłosza nie jest osobiste, przeczytane w książce Piesek przydrożny jest jednak cenną rekomendacją. Zresztą, nasz Noblista w swojej książce o Annie Świrszczyńskiej: „Jakiego to gościa mieliśmy”, wspomniał, że „musiał pokonywać pewne męskie uprzedzenia, by dobrze zrozumieć feminizm Świrszczyńskiej”. Jednak uznał ją, obok Mirona Białoszewskiego, za „wielką odnowicielkę poetyckiej polszczyzny”.

Udało mi się zdobyć stare wydanie – Wybór wierszy, które ukazało się nakładem Wydawnictwa Czytelnik w 1980 roku. Spośród tego sporego zbioru wybrałem dwa wiersze, pochodzące z tomiku „Jestem baba” wydanego w 1972 roku. Wiersze z tego właśnie cyklu wywarły na mnie największe wrażenie.

 

SIOSTRY Z DNA

Mam przyjaciółki na plantach,
stare żebraczki, wariatki.
W ich oczach są pierścionki,
z których wypłynęły drogie kamienie.
Opowiadamy sobie swoje życia
od dołu, od człowieczego dna.
Siostry z dna,
mówimy biegle językiem cierpienia.
Dotykamy swoich rąk,
to nam pomaga.

Odchodząc całuję je w policzek
delikatny jak woda.

 

SPOJRZENIA

Młodzi chłopcy spojrzeli przechodząc
na starą kobietę.

I w oka mgnieniu
rozdeptali ją jak robaka
spojrzeniami.