„FEJKI” NA SZTANDARY

– Jestem niewinny – krzyknął Cesarz, a niewolnicy wybuchnęli śmiechem. Wtedy Cesarz otoczył ich wojskiem.
– Jesteśmy niewinni – zaczęli krzyczeć niewolnicy, a wtedy historia zaniosła się śmiechem.

Zdarza się nam (tak, zdarza) mówić bardzo często, że czegoś nie chcemy. Czyli – jednym słowem – narzekamy. Jednak narzekanie nie sprawi, że coś, o czym marzymy, czego szukamy, pojawi się w naszym życiu. Negowanie to strata czasu, a równocześnie przyciąganie złej energii i uwalnianie „demonów”.

Od dłuższego już czasu obserwuję (w mediach, prasie i od kilku lat w mediach społecznościowych) formy walki z przeciwnikiem – tak zwanym politycznym. Walka to zjawisko, niestety, prawie naturalne i towarzyszy człowiekowi niemal od początków jego istnienia. Odkąd opuścił swą afrykańską kolebkę, walczył o byt, walczył z nieokiełznaną naturą, walczył o zachowanie przy życiu plemienia czy rodu, walczył… Nie starczyłoby grubej książki, by wyliczyć z czym i z kim, gdzie i kiedy walczył i ile zabił ludzi i zwierząt.

W naszym cudownym, kochanym kraju tradycje walki politycznej mamy iście wspaniałe. Podobnie jak inne kraje, z tym, że nasze zawsze były bardziej „romantyczne” i częściej dostawaliśmy w dupę. Niestety. Historia na to świadkiem. Co nie znaczy, że nie potrafimy się bić. Bo za przegrane i klęski zazwyczaj są winne „błędy systemowe”. Nasze bohaterstwo zawsze było bez zarzutu.

Zamiast opisywać coś, co opisano w grubych tomach historii Polski, od Mieszka I do współcześnie nam „panujących”, chciałbym się skupić na kilku ostatnich latach, a nawet ostatniego roku. I jedynie na mediach społecznościowych.

Co obserwuję? Jakie metody walki? Królują tzw. „memy” (najczęściej obraźliwe) i tzw. „fejki”, czyli… kłamstwa przebrane tak, by wyglądały na informacje prawdziwe. Co jeszcze? Jeszcze spiskowe teorie, obraźliwe komentarze, wpływanie na innych, żeby przeciwnika politycznego znienawidzili (na przykład zakładanie na FB grup zaczynających się od słów „Nienawidzę…”) (sic!), zakłamywanie informacji w wielu publikowanych tekstach, zakłamywanie historii (tak!), granie na nerwach, drażnienie przeciwnika… ect.

Jaki sens ma taka walka?

W biznesie, który znam z autopsji, jeśli moja konkurencja mnie pokona i przejmie mojego Klienta (klientów), to albo muszę znaleźć skuteczną strategię, żeby konkurencję pokonać i odzyskać Klientów, albo uznać, że nie mam ani sił, ani środków, by z nią walczyć. Jeśli zachodzi ta druga sytuacja, lecz jednak nie chcę się poddać, wtedy szukam sprzymierzeńców, wspólników, robię fuzję z silnym (lub kilkoma, z którymi będę silniejszy) i wspólnie tworzymy strategię oraz nowe i konkurencyjne produkty, żeby konkurenta pokonać. Wybieramy nowy zarząd, organizujemy burze mózgów, badamy rynek, tworzymy kampanię reklamową – wszystko po to, aby pozyskać również tych, którzy jeszcze naszych produktów nie kupili, przekonać ich, że warto kupić.

Zamiast tego nie wypisuję na Facebooku, że prezes konkurencyjnej firmy to gnom, nie tworzę obraźliwych w stosunku do niego i jego zarządu memów ani nie produkuję fejków na temat jego firmy. Nie organizuję również tzw. pokojowych manifestacji pod jego siedzibą ani nie wykrzykuję w jego kierunku „Będziesz siedział!”. Dlaczego? Bo wiem, że jeśli będę działał w taki sposób, prędzej czy później ten ktoś „puści mnie w skarpetkach”. Prawnicy mojego konkurenta będą wiedzieli, co i jak mają ze mną zrobić. A równocześnie klienci, widząc jak „działam”, nigdy już do mnie nie wrócą.

Może nadszedł już czas, żeby pewnych rzeczy zacząć się uczyć od biznesu? A chcąc być lepszym od konkurenta, po prostu stać się od niego lepszym?