REFLEKSYJNIE POŚWIĄTECZNIE

W drugi dzień świąteczny prószył śnieg. Kiedy przestawał padać, przez warstwy chmur przedzierały się słoneczne promienie. Stojąc przy oknie, podziwiałem pokryte śnieżnym puchem drzewa i przyglądałem się śladom kota sąsiadów, który uwielbia przechadzać się po moim ogrodzie.

Dla mnie świąteczny dzień to taki, w którym mówimy, że kochamy, a później mocno przytulamy się do siebie. To dzień, w którym godzimy się z rodziną, w którym nasze dziecko stawia pierwsze kroki, w którym uśmiechamy się do starego, schorowanego rodzica i wzmacniamy go dobrym słowem. To dzień, kiedy pokonujemy ciężką chorobę, przyjaciel daje dowód przyjaźni, a wnuki siadają nam na kolana. Świąteczny dzień na zawołanie albo dlatego, że tak ktoś ustalił, jest kolejnym dowodem na brak logiki tych, którzy głoszą się mędrcami tego świata.

I może dlatego w ten drugi – zwany świątecznym – dzień rozmyślałem w ciszy mojego gabinetu, jak rozprawić się z tematem podwójnej ludzkiej moralności i próbowałem znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego z jednej strony okrzykujemy się społeczeństwem bardzo religijnym, a z drugiej strony na każdym kroku wielu z nas jawnie zaprzecza temu, w co tak ponoć żarliwie wierzy.

Coraz więcej ludzi – głównie z ekranu telewizora czy komputera – „depcze nas po twarzy”, wykrzykując i wypisując w naszym kierunku jedynie słuszne racje, które według nich powinniśmy przyjąć albo usunąć się im z drogi. Nie wiem, nie liczę, ale moja twarz – gdyby nie przenośnia – byłaby już pewnie mocno zmasakrowana. Taki dar ma niestety wielu i jest to dar diabelski, bo tylko diabeł dzieli ludzi, sieje defetyzm i buduje aurę nienawiści.

Od jakiegoś czasu zauważam, że moja odporność jest coraz słabsza, a maski bezpieczeństwa częściej zsuwają się z twarzy.  Ale nie poddaję się i nie nabieram na diabelskie sztuczki. Skąd mam siłę? Po prostu zaprzyjaźniłem się z Bogiem. Nie boję się Go i nikt mnie nim nie straszy, bo już dawno temu zrezygnowałem z pośredników. Mój Bóg jest serdeczny i przyjaźnie nastawiony. Rozmawiamy zazwyczaj o wolności – nie o zniewoleniu – i o miłości, a nie o krzyżowaniu i cierpieniu. Często przy wieczornej herbacie czytam Mu ostatnie teksty, a kiedy pojawi się zdanie, w którym użalam się nad sobą i światem, On kładzie mi palec na usta i mówi: – Daj spokój, po co ta złość, to nic nie zmieni. Chodź na spacer. Poczuj – ty to potrafisz –  jak w grudniowy wieczór pachnie wiosną i wyobraź sobie, że właśnie teraz ptaki budują gniazda. Przestań na chwilę być poetą, odpocznij. Musisz mieć dużo siły, by później pisklęta nauczyć latać. I uwolnić je od gniazda.