HARRY DUDA

Harry Duda jest jednym z ostatnich dinozaurów elitarnej dynastii Erudytów. Sympatycznym, dobrodusznym i – mam nadzieję, że jeszcze długo, oby jak najdłużej – dinozaurem żywym. Dziwi mnie nieco fakt, że nie ukazała się do tej pory jego biografia (temat do wzięcia), bo dorobek ma znakomity, wiedzę przeogromną, a talentem mógłby obdzielić przynajmniej setkę – albo i dwie – tych, którzy myśląc, że mają talent, wywołują czasami u Harry’ego Dudy drżenie powiek, błysk w oku, zdecydowane ruchy rąk i zabarwienie głosu typowe dla ludzi podekscytowanych.

Harry Duda jest obecnie na emeryturze, jednak z aktywności twórczej nie zamierza ani na chwilę rezygnować. Jest bowiem m.in. felietonistą internetowego Radia Wisła (USA), dalej pisze wiersze i prozę.

Swoją przygodę twórczą zaczynał w czasach studenckich w drugiej połowie lat 60. ub. wieku. Później był wieloletnim współpracownikiem i pracownikiem redakcji czasopism (głównie oświatowych) i gazet. Przez długi czas współpracował z Radiem Opole, będąc autorem lub współautorem ok. 1000 audycji radiowych satyrycznych i publicystycznych. Ale zajmował się też popularyzacją nauki – ochrony środowiska, etyki ekologicznej, filozofii medycyny i deontologii lekarskiej, współpracując m.in. z prof. Julianem Aleksandrowiczem. Ewenementem na skalę światową są jego (znakomite) ujęcia poetyckie ksiąg Starego i Nowego Testamentu. W latach 90. ub. wieku był mocno zaangażowany w upamiętnienie Zbrodni Katyńskiej. Byłem wydawcą książki Szlakiem zbrodni. Ostaszków, Twer, Miednoje autorstwa Harry’ego, wspólnie z opolską Rodziną Katyńską, jak też Reginą Podkówką-Bochnią, Aurelią i Tadeuszem Podkówkami. Natomiast w grudniu ubiegłego roku wydałem jego książkę pt. Nosił eter razy kilka, groteski muzyczne 1977 — 12.12.1981. Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień w konkursach poetyckich oraz innych prestiżowych nagród i autorem 45 pozycji książkowych. O ile go znam – w pisarskim „fachu” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Wspomniałem na wstępie, że Harry Duda jest sympatycznym i dobrym dinozaurem. Jednak potrafi też być czasami ostry, a nawet krzyknąć, kiedy nie ma jego zgody na ludzką niesprawiedliwość lub kiedy ktoś wmawia mu, że publicystyka to oryginalna forma literacka. Wtedy – na szczęście tylko na chwilę – zamienia się w Tyranozaura. Jednak ta transformacja, a bardziej strategia, ma głębokie uzasadnienie. Mój przyjaciel wychodzi bowiem z założenia, że „nauczanie musi być skuteczne” i adepta wiedzy warto czasami nastraszyć – wtedy szybciej zrozumie i zapamięta.

Jako postscriptum – malutki fragment przygotowywanego obecnie do wydania poematu Harry’ego Dudy: „Pościg zaduszny”.

 

MISTERIUM ODŁĄCZENIA 

Ścigają go Umarli.
Siedzą w wysokich siodłach
czarnych koni i pohukują.
Maczetami tną przestrzeń
w sine kęsy,
a gdzieś w tej przestrzeni
on — pestka gnijącego owocu —
kuli się i zamyka.

Kęsy zarastają szybko,
lecz Umarli zdają się
tym nie przejmować
i pohukują, nawet wesoło.

Przed nimi ich waleczne
mutanty rosomaków
szybko i sprawnie
dopadają go raz po raz
i gryzą,
nim kurcz przestrzeni
odrzuci je na obrzeże,
gdzie z rąk Umarłych biorą
jadło, a z ich ust pochwałę.

Potem Umarli zsiadają
na biwak; widzi wtedy
ich pustynię wokół
i ogień, jaki rozpalają,
jakkolwiek jest to ogień
złej pamięci.

Oni patrzą na niego
i widzą go,
a on też ich widzi,
oddzielony odległością
prawie nieskończoną.
To są chwile bez lęku.

Czarne konie siadają
na zadach jak psy
i mrużąc zachwycające ślepia,
rżą niekiedy.

Rosomaki drzemią na stojąco,
podkarmione już wcześniej,
ale ryjki ich wilgotnych,
laserowych nosów
drżą bez ustanku;
omiatając przestrzeń,
węszą dogłębnie,
co się im objawia w obrazach snów,
które niby ekrany
świecą nad ich głowami,
dając film akcji drapieżnej,
pełnej padliny
i reniferów konających
na pustaciach tundry.

Umarli gawędzą, nawet śmiech
niekiedy otwiera im gardła
i znowu pohukują, czasami
za brzuch się chwytając.

To są chwile bez lęku.
Ale pod płachtą sinej przestrzeni,
pod kęsami gnijącego owocu,
co się nad tym biwakiem
jakoś dziwnie niweczy —
widać niebo.
A ono przeraźliwe jest
jako miecz spadający,
choć nieruchome,
a gwiazdy — na smyczach — rzężą,
powściągane brutalnie,
aż się wie, że niebawem zgasną
albo sforą się zwalą
w nieskończoność punktu,
z którego wyszły.
(…)