SĄ NAS MILIONY, KTÓRYCH NIE MA

Zawsze mnie uczono, że trzeba iść pod prąd, do źródeł – bo to „twórcze”, a z prądem – jak pisał Zbigniew Herbert – „płyną śmieci”. I patrzeć w przyszłość, bo to… budujące, a przecież należy budować ją dla dzieci, wnuków… pokoleń. Coś po sobie zostawić – nie tylko surowe krzyże, wyciosane z brzozy, wetknięte w kopczyk ziemi.  Może to postawa idealistyczna, ale – jak żyć bez ideałów?

Odnoszę wrażenie, że z roku na rok coraz większa grupa społeczeństwa ma „gdzieś” przyszłość i patrzy przede wszystkim na to, co TERAZ można wziąć, „zgarnąć z puli”, wygrać. Ludzie zachowują się jak uczestnicy bankietu z darmowym jedzeniem i trunkami. Teraz, często wbrew sumieniu, stają się powoli – cytując Marie von Ebner-Eschenbach: „społeczeństwem, w którym jawni dranie prawią im kazania o moralności”, a oni na to milcząco przyzwalają. Z cytatu, który przytoczyłem, wynika potem, że takie społeczeństwa „upadają najniżej”.

W tej grupie milcząco przyzwalających są (poza oczywiście licznymi wyjątkami) – niestety – prawie dwa miliony przedsiębiorców. Po raz kolejny potwierdza się zasada, że nikt nie chce – każdy się boi –  tracić i stracić. Ba – nikt tego nie lubi. Nie może stracić! A może warto w końcu zadać sobie pytania: Czy za jakiś czas – za dwa, trzy lata nie stracę więcej? Może warto coś poświęcić, żeby później coś zyskać? Nie tylko dla siebie? Jeden z moich przyjaciół, choć nie biznesmen, przywołuje niekiedy bardzo dawną kupiecką maksymę: „Największą mądrością w biznesie jest umieć dobrze stracić”.

A jakże wielka tkwi w przedsiębiorczości siła! Można by rzec, że właśnie przedsiębiorcy w pewnym sensie utrzymują cały kraj, bo to przecież od nich pochodzą podatki płacone do budżetu i wynagrodzenia dla pracowników, co pozwala, by kraj po prostu… istniał. Tak – ISTNIAŁ. Bez przedsiębiorców się zawali. Popadnie w nicość.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że przesadzam, bo przedsiębiorcy zawsze istnieją w jakimś kraju, a zdecydowana większość z nich bez pracowników nie zarobiłaby nawet na skórkę chleba. Jednak dobrze wiemy, że – po pierwsze – istnieje ogromna liczba tak zwanych firm jednoosobowych, które nikogo nie zatrudniają, a po drugie – miejsca pracy powstają wtedy, kiedy pojawia się przedsiębiorca. No – chyba, że mamy na myśli nieco inny ustrój…

Dlatego nie widzę innej metody jak zjednoczenie, połączenie sił tych wszystkich osób, które mają dla kraju dobre pomysły. I posiadają zarazem argumenty merytoryczne, aby przekonać tak zwanych wszystkowiedzących i nieprzekonanych, że podczas uzdrawiania – nawet w dobrej wierze – pewne rzeczy można bezpowrotnie zepsuć.

To właśnie przedsiębiorcy jako pragmatycy oraz ci, dla których wyznaczanie celów i osiąganie sukcesów jest chlebem powszednim, powinni nadawać ton takiemu porozumieniu. Czyli: dogadać się – ze sobą oraz z innymi – ponad podziałami,  pakietami, indywidualnymi aspiracjami czy programami. Bo druga strona – jaka by nie była (teraz czy w przyszłości), jeśli usiądzie do wspólnego stołu, jeśli uzna, że warto w końcu pracować dla wszystkich, a nie tylko dla „siebie” lub „swoich”, aby dzielić wyborczy tort i gwarantować sobie słupki poparcia, to usiądzie przy tym stole jedynie z delegacją reprezentującą siłę dostatecznie wielką, merytoryczną i wspartą znakomitymi projektami na przyszłość.

Trzeba się zatem dogadać, chociaż z tym coraz trudniej. Niestety już nawet wiele rodzin jest podzielonych i skłóconych, a ogromna część ubranego w strojne szaty narodu dalej „odnawia kraty, wiesza kolejny krzyż na ścianie, dzieli stół na pół i zamyka drzwi” – jak pisałem w wierszu „Klatka” jeszcze w połowie lat 80. XX w.