W 13 RZĘDZIE, W ZWIĄZKACH TWÓRCZYCH

W drugiej połowie lat 80. ub. wieku byłem nie tylko członkiem, ale też częstym gościem Klubu Związków Twórczych w Opolu, który mieścił się w Rynku. Miejsce szczególne, bo dokładnie tutaj działał „Teatr 13 Rzędów” założony w roku 1958 przez aktorskie małżeństwo, Stanisławę Łopuszańską-Ławską i Eugeniusza Ławskiego. A że pod numerem trzynastym kamienicy ustawiono widownię z 13 rzędów krzeseł – stąd wzięła się pewnie taka, a nie inna nazwa teatru.

Pierwszy, realizowany w 1958 r. spektakl Jerzego Grotowskiego, to Pechowcy. I nikt nie wie, czy to z powodu tytułu tego spektaklu, czy też niefortunnego zbiegu okoliczności, na początku 1959 roku Teatr popadł w kłopoty (nazwijmy to delikatnie) finansowo-artystyczne. Efektem tego była zmiana kierownictwa i scenę przejął Jerzy Grotowski z nowym zespołem. Pod jego kierownictwem – z wielkimi sukcesami – Teatr działał w Opolu do 1965 roku, zmieniając w 1962 r. nazwę na: „Teatr – Laboratorium 13 Rzędów”. Po roku 1965 Jerzy Grotowski z całym zespołem przeniósł się do Wrocławia i tam działał już jako „Teatr Laboratorium”.

I właśnie w takim historycznym miejscu, przy nieco koślawym – ulubionym przeze mnie – stoliku pod oknem, gdzie być może ustawiony był ten słynny, trzynasty rząd, padło równie słynne i często później powtarzane zdanie, które zapisałem na małym karteluszku (mam go do dzisiaj). Nie dam sobie ręki uciąć, czy to zdanie wymyśliłem ja, czy (ś.p.) bardzo dobry opolski architekt Zbigniew Trzos, znany z celnej riposty oraz wypowiadania donośnym głosem krótkich „prawd życiowych”, które albo cytował, albo wymyślał na poczekaniu, lub też (ś.p.) znakomity malarz i niezwykle charyzmatyczny artysta, mój przyjaciel Bolek Polnar, którego geniusz podziwialiśmy i zawsze będziemy podziwiać; a może wspaniały pisarz i erudyta, również mój przyjaciel, Harry Duda, od którego niejeden wówczas młokos uczył się literackich szlifów. Jedno jest pewne, że nie stało się to bez drobnego udziału dobrze zmrożonej „Żytniej”, najlepszej w regionie fasolki po „bretońsku”, przygotowywanej przez sympatyczną panią Renię i wcześniejszej, zażartej dyskusji, dzięki której mieliśmy po raz kolejny uratować świat. To wtedy właśnie, po chwili zadumy nad losem tych, którzy takiego duchowego wsparcia potrzebowali, któryś z uczestników tego wydarzenia, siedząc na krześle w miejscu słynnego – trzynastego rzędu (a może nawet i samej sceny, na której w roku 1964 wystawiano Studium o Hamlecie według Williama Shakespeare’a i Stanisława Wyspiańskiego) wypowiedział jakże teatralną i wzniosłą kwestię: „Kocham ten kraj za jego ból i przeraża mnie myśl, że mogą tu kiedyś zrobić porządek…”