GADUŁA

Miewam takie dni, że wyrywam się do głosu. A może to głos mnie wyrywa? Najgorszy w tym jest brak kontroli, bo słowa przejmują nade mną władzę. I zamiast mówić – gadam jak najęty. Ktoś podaje temat, a ja mówię to, co chciałem powiedzieć, ale czasami bez żadnego związku z tematem. Sytuacja to trudna dla słuchaczy – rzekłbym, że nawet irytująca. Oni chcieliby się dowiedzieć, co sądzę o najnowszym filmie z Kevinem Costnerem, a ja zaczynam gadać o znajomym, który wrócił z Afryki, gdzie leciał małym samolotem i w trakcie lotu oderwał się kawałek podłogi… Oczywiście wszyscy słuchali tej opowieści, bo była ciekawa i sam bym jej jeszcze raz posłuchał, tyle że mój znajomy nie nazywa się Kevin Costner i to nie był żaden z nim film, a tylko realna – jak najbardziej – przygoda.
Albo – ktoś zaczyna o tym, że życie robi się coraz bardziej ciężkie, zaś główny jego ciężar leży w nadmiernych – tak zwanych „ukrytych” – podatkach, które są za wysokie, często nas dobijają i generalnie tkwi w nich samo zło. A ja po chwili zaczynam cytatem z przeczytanej ostatnio książki, że „(…) największym i najlepszym darem, jaki można otrzymać od kobiety, jest mimowolny uśmiech na ulicy, w restauracji, przed odejściem. Wszystko inne to transakcja, pojedynek, przedsięwzięcie”. Po chwili omawiam już aspekt filozoficzny związany z naszym rozdarciem pomiędzy tym życiem, na które często sami się skazujemy i tym, którego pragniemy… Ale gdzie tu podatki? Chyba jedynie w tym rozdarciu… jakaś odrobina tego ukrytego…

Co ciekawe – zauważyłem, że w tym moim gadulstwie nie jestem osamotniony, gdyż wielu znajomych bije mnie na głowę. Ale w tym „fachu” liderami są niektórzy prowadzący tzw. tok show lub telewizje śniadaniowe. Ci pierwsi będą tak zadawać pytania, by ich rozmówca w końcu powiedział to, co oni chcą usłyszeć, a nie to, co on ma do powiedzenia. W telewizjach śniadaniowych zaproszeni goście najczęściej mają szansę jedynie się przedstawić i powiedzieć „do widzenia”. Dziennikarz wszystko za nich powie. Sam zadaje pytania i sam na nie odpowiada.  Przy okazji – jak często bywa – znowu się „wylansuje”.

Gadulstwo to niedobra cecha – powiem wprost: wada. Jednak zbyt długie i „uciążliwe” milczenie też potrafi „zamęczyć” inne osoby, które czekają – czasami nawet godzinę – na choćby jedno słowo, ewentualnie jakieś krótkie zdanie, typu: „tak”, „nie” lub „Do widzenia. Żona czeka z obiadem…”

Postanowiłem, że popracuję nad opatentowaniem takiego małego, mieszczącego się w kieszeni, pilota dla za bardzo rozgadanych. Byłby podobny do tego, jaki niektórzy dostają od firm ochroniarskich, by w razie niebezpieczeństwa po prostu dłużej nacisnąć i przywołać pomoc. W moim wynalazku zamiast przywołania bojowego samochodu, który podjeżdża z piskiem opon i z którego wybiegają mężnie wyglądający panowie w kominiarkach, urządzenie uruchamiałoby nagły… pisk – taki nie do zniesienia, jaki np. uzyskamy, przeciągając ostrzem noża po szybie.
Po chwili namysłu jednak uznałem, że gdyby ten pilot spoczywał w kieszeni, raczej nic by nie zmienił… Lepiej opatentować małe urządzenie mocowane w opasce do założenia na czoło – na wzór takiego z latarką LED, jaki zakładają amatorzy wieczornego lub nocnego joggingu. Ale w tym moim urządzeniu zamiast latarki byłby wielki, czerwony przycisk z napisem STOP!

I kiedy się rozgadamy, nasi słuchacze mogliby postukać palcem w ten przycisk na naszym czole… albo walnąć pięścią, w razie gdyby przycisk się zaciął.
W TV też.