MASKARADA

Coraz częściej ujmujemy filozofię w banalne, okraszone codziennymi problemami zdania. Czasami odchodzimy od świata i od siebie na chwilę, jednak kiedy wracamy, by spojrzeć jeszcze raz z dystansu – obraz, jaki widzimy, wcale nas nie zadowala. Jest taki powierzchowny… No i te maski: na co dzień, na specjalne okazje i do samoobrony.

Ludzie, których spotykamy, najczęściej udają, że nas rozumieją i my często udajemy to samo. Coraz więcej mamy znajomych na pokaz lub dla interesu. Jesteśmy „fajni”, jeśli możemy coś „załatwić”. Wtedy nagle widzimy wokół wielu znajomych. Mówią, że nas lubią. Lecz jeśli z jakichś powodów stajemy się tymi, którzy sami chcieliby coś dostać, a nie tylko dawać, okazuje się, że znajomych jest zaledwie kilku, a może nawet został tylko jeden. No i w pogotowiu pozostaje ta garstka przyjaciół, na których zawsze możemy liczyć. I najbliższa rodzina. Chyba dlatego z czasem, w wielu przypadkach stajemy się tacy, jak ci „inni”.

I wtedy,  gdziekolwiek się nie pojawimy, mówimy bez ładu i składu – po prostu pleciemy co bądź. W zasadzie gadamy o sobie i o innych. To teraz taka moda, takie popularne zdarzenie towarzyskie: z jednej strony obgadać wroga, konkurenta, szefa czy sąsiada, a z drugiej – siebie samego podświetlić dobrym reflektorem – z góry i z dołu. No i założyć aureolę. Wszystko po to, by poczuć się lepszym. Ale od kogo?

Kiedyś „gadaliśmy” o ciekawych filmach, książkach, sporcie, a nawet, w małych podgrupach, o tematach z kategorii tabu. Wspominaliśmy „fajne” czasy i szalone historie. Opowiadaliśmy dowcipy. Teraz tematy zdominowała polityka, biznes i kościół. Gdy rzucisz  dowcip, niekiedy masz wrażenie, że do części słuchaczy twój żart się nie przedarł przez skorupę ich śmieciowych myśli, a do innej części słuchaczy nawet nie dotarł, bo w chwili kiedy go opowiadałeś, oni już w pamięci szukali dowcipu „lepszego” niż twój – aby go wygłosić zaraz po twoim. Taka rywalizacja na dowcipy. Różni „ktosie” stale muszą być lepsi. Ale po co?

Wydaje się nam, że „rośniemy”, a czujemy się coraz mniejsi. Kurczymy się, chociaż rosną nam brzuchy. Nie wszyscy, ale jest nas coraz więcej. I stajemy się – czasami nawet nieświadomie – mówiącymi ustami, machającymi rękami, a naszą wartość coraz częściej dokumentuje głównie zawartość portfela, ugruntowują firmowe ciuchy, najnowszy model smartfona i samochód – klasy premium lub „wypasiona” po brzegi limuzyna.