POZA DEFINICJĄ

Wyobraźmy sobie, że nie istnieje tak zwana prawdziwa miłość. Że najpierw istnieje fascynacja, a później najczęściej to, o czym pisał Erich Fromm — uzależnienie i przywiązanie.
Ile w tym jest prawdy? Czy ta teza jest słuszna? Czym w takim razie jest miłość?

Odpowiedzi jest mniej więcej tyle, ilu ludzi takie pytanie zadaje. W tych odpowiedziach są oczywiście i te dla wszystkich wspólne, podobne, ale teorii i definicji miłości są miliony.

Stąd wynika, że tak naprawdę nie wiemy o miłości nic poza abstrakcyjnymi opisami i metaforami miłosnych wierszy, opowiadań i powieści. Poza „chemią”, która nas zbliża do siebie. Poza odpowiedzialnością przed naszymi dziećmi, rodzinami, przed samymi sobą. Poza lękiem rozdzielenia tego, co „Bóg złączył, a człowiek…”. Poza ogromem emocji, wspólnych trosk, lęków, tajemnic i kłótni, po których z płaczem wciskamy się sobie w ramiona. Poza tysiącami cudownych rzeczy, o których zapominamy i kilkoma grzechami, które pamiętamy do końca życia. Poza goryczą zawodu miłosnego, która uwiera w gardle dniami, miesiącami a nawet latami. Poza uśmiechem i miłym słowem przy śniadaniu. Poza pocałunkiem na pożegnanie dnia i wariactwem od czasu do czasu, takim spontanicznym, żeby rozśmieszyć drugą osobę, oczyścić relację…

Większość z nas widzi, nazywa i opisuje miłość indywidualnie, w oparciu o lustro własnego życia. Zawsze będzie ona zbyt wielka, by ją pojąć i wytłumaczyć. I za wielka, aby ją schować, zamknąć w jednym zdaniu, na jednej kartce czy w książce.